sobota, 22 czerwca 2024

Czerwcowo, skrótowo

 

Widać lepszą perspektywę

W ostatnim wpisie sygnalizowałem, że nie mam pojęcia, jak będzie wyglądał u mnie kolejny miesiąc. Dziś wiem, jaki kształt będą miały kolejne: to przede wszystkim praca, krótkie chwile na pobycie z Islandią i kolejne udręki zasypiania oraz budzenia się na czas, kiedy wchodzi się w kierat dwóch prac, nie jednej. Z obu nowych zajęć jestem zadowolony. Praca znalazła się szybko. Tak szybko, że nawet mój wniosek o zasiłek dla bezrobotnych nie miał szans bycia rozpatrzonym, bo wyrejestrowałem się z urzędu i cieszę się z podjętych obowiązków, pamiętając koszmar tych dni bezczynności oraz niepewności. Nieprzypadkowo chyba ktoś kiedyś mi powiedział, że praca w Islandii jest absolutnie wszędzie, wystarczy dobrze się rozejrzeć. A ja się przestraszyłem, że jak prowincja, to nie mam możliwości. Mam. Supermarket i opieka nad dziećmi. Całkiem niezły duet.



W międzyczasie pojawiło się wirtualne szkalowanie, które zniosłem, ale oczywiście sprawą zajmą się kompetentne służby, które – mam nadzieję – znajdą osobę odpowiedzialną za wypisywanie na mój temat kłamstw. Przy okazji zorientowałem się, z jaką lekkością na przykład na Facebooku można kogoś oczernić i jak proste metody zastosować, by uprzykrzyć komuś życie. Obiecałem, że nie dam się tu żadnym przeciwnościom losu i tej obietnicy dotrzymam. Czy islandzka policja będzie skuteczna w poszukiwaniu kogoś, kto ma chorą obsesję na moim punkcie – zobaczymy. Na razie muszę złapać dystans do spraw, które przez dłuższy czas zaprzątały moją głowę i zajmowały uwagę. Przede wszystkim tę głowę przewietrzyć.



Myślę, że czas na przerwę w pisaniu. Przykro mi, jeśli rozczaruję tych, którym podoba się moje spojrzenie na Islandię i chcieliby czytać więcej. Naprawdę chcę uwierzyć w to, że życie w pojedynkę na tej wyspie to nie jakaś fanaberia dla bogacza, że można tu sobie żyć dobrze i godnie samodzielnie oraz że są perspektywy na spokój. Ten, który zawsze daje mi kontakt z islandzką naturą. Lato na wyspie zaczęło się późno i jest dość chłodne. Ja zapewne nie zauważę, jak przeminie, gdyż zajmą mnie obowiązki zawodowe, a potem – jak już tej pracy pewnie będzie mniej, gdyż jedna z nich jest sezonowa – spadnie wcześnie śnieg i po prostu w tym roku nie będzie mi dane obejrzeć na przykład wschodu Islandii, gdzie do tej pory nie byłem. Póki co walcząc ze zmęczeniem, czuję jednocześnie satysfakcję – znalazła się praca, mój landlord przedłuży mi umowę najmu domu o kolejny rok i nawet jeśli pozostanie mi tylko cieszenie się Fiordami Zachodnimi i niczym więcej na wyspie, nic nie szkodzi. Przecież przyjechałem tutaj przede wszystkim dla tego regionu. Także w oczekiwaniu na spokojne życie, ale na nie muszę prawdopodobnie zasłużyć. A ponieważ w ostatnim czasie miałem okazję być przewodnikiem po tutejszych magicznych miejscach dla grup oraz kilku znajomych, zrozumiałem, jak wiele frajdy sprawia mi pokazywanie różnych zakątków Fiordów Zachodnich komuś po raz pierwszy i przyglądanie się twarzom ludzi, którzy je oglądają. I nie ma znaczenia, że ja widzę dane miejsce na przykład po raz dziesiąty. Jest zawsze tak samo ekscytujące. Ta miłość się nie wypala. I wiem, że wybrałem idealną islandzką miejscówkę.

czwartek, 30 maja 2024

Oświadczenie

Informuję, że dzisiaj na profilu facebookowym tego bloga zostało opublikowane pod moim adresem oszczerstwo, które jako osobny post niejaka Justyna Oracz umieściła pod każdym komentarzem. Wszystkie zawarte tam informacje są kłamstwami. Sprawa została już zgłoszona w odpowiednie miejsce.



wtorek, 28 maja 2024

Nieprzyjemnie

 

Patrz pod nogi. Tam jest proza życia.

Poprzedni wpis zapowiadał nadzieję na dobre zmiany, dzisiejszy będzie weryfikacją oczekiwań zderzonych z prozą życia. Sam sobie wykopałem grób i sam sobie jestem winien. Po raz pierwszy w życiu nie wiem, co robić, a w zasadzie utknąłem w jakimś stuporze, z którego nie mogę się wydostać, zaś kolejne dni przemijają bez sensu w poczuciu goryczy i porażki. Nie będę pracownikiem gastronomii, bo się do tego nie nadaję. Krytyczna, czwarta zmiana skumulowała w sobie tyle różnych czynników, że zarówno ciało, jak i umysł powiedziały „dość, wyjdź stąd i nigdy nie wracaj”. Nieprzypadkowo w tej branży pracują głównie młodzi ludzie. A ja chciałem sobie udowodnić, że brakuje mi tu jeszcze trzaśnięcia drzwiami obrotowymi, że osiągam niemożliwe i nie ma dla mnie ograniczeń. Są. Boleśnie sobie to uświadomiłem. Do pewnych rzeczy po prostu się nie nadaję. Pewnych czynności nie umiem się nauczyć. I byłem bardzo, bardzo lekkomyślny, gdyż na fali entuzjazmu odszedłem ze starej pracy, by po tygodniu zrezygnować z nowej i otrzymać w starej czerwoną kartkę, bo niczego tak bardzo tam nie oczekiwano jak tego, że sam odejdę, w związku z tym powrót choć tymczasowy oczywiście nie był możliwy.

 

Nowa perspektywa. Pod.


Jestem zatem bezrobotny na Islandii i nie mam pojęcia, czy przysługuje mi zasiłek dla bezrobotnych, choć złożyłem podanie, mam przepracowany ponad rok, co jest podstawowym warunkiem zdobycia takiego świadczenia. W ogóle to pojęcie jest dla mnie abstrakcyjne i upokarzające. Przez czterdzieści sześć lat cały czas pracowałem, kilka razy byłem jedynie na zwolnieniu lekarskim i nie wyobrażam sobie społecznej oraz egzystencjalnej nieprzydatności. A ona w tym momencie ma miejsce. To znaczy rozumiem, na jak niewiele zawodowych stanowisk mógłbym tutaj wejść. Rozumiem, że na prowincji możliwości pracy jest niewiele, lecz dopiero teraz dociera do mnie, że straciłem czujność i przestałem się zabezpieczać, przede wszystkim finansowo. Ostatecznie zostaję zatem z kwotą, która pozwoli mi zapłacić rachunki w czerwcu i niewiadomą, czy otrzymam świadczenie z urzędu pracy, bo de facto nie zwolniono mnie, lecz sam się zwolniłem, co samo w sobie jest jednak skomplikowaną sprawą i nie będę jej wyjaśniał tutaj, wyjaśniłem przy składaniu podania o zasiłek.

 

Jeżeli nie otrzymam tego zasiłku ani nie znajdę pracy, nie pozostaje mi nic innego jak powrót do Polski. Zanim jeszcze wpadnę w długi, z których tam, w złotówkach, potem się nie wygrzebię. Niesamowite, prawda? W sensie z moją zaradnością, z której tak byłem zadowolony, ląduję na lodzie. W totalnej rozsypce. Z kompletną niepewnością tego, co za miesiąc czy za dwa. Zostało mi trochę koron i samochód – to jedyne, co posiadam. I trzy regały polskich książek, regały zresztą też są moje. Tymczasem moja emigracja zaczyna być powoli koszmarem. Wiem, że mnóstwo ludzi wpada w takie kłopoty, inni mają jeszcze trudniejszą sytuację, jednakże z moją ręką w nocniku nie będzie dla mnie pocieszeniem fakt, że ktoś jest zadłużony, chory, pogrążony w większej rozpaczy. Może rozpacz to za mocne słowo, ale jestem kompletnie pogubiony. Jakby z tą spontaniczną, lecz absolutnie zdecydowaną myślą, by tę czwartą zmianę zakończyć i odejść, umknął mi gdzieś mój instynkt samozachowawczy. Jakbym pozbawił się na moment logicznego myślenia, ale takiego naprawdę podstawowego. Bo tego typu decyzje można podejmować z jakimiś oszczędnościami na czarną godzinę. A mnie została tylko czarna godzina. Kilka osób wsparło mnie przez PayPal TUTAJ, za co serdecznie dziękuję i obiecuję sobie zrobić to samo, kiedy w przyszłości będę miał środki, a przeczytam o kimś, kto upadł na emigracji. A może emigracja nie jest po prostu dla mnie? Może miłość do pejzażu to rzeczywiście za mało, kiedy dziś, w takim stanie emocjonalnym, odkrywam z przerażeniem, że samotność pośród dziczy nie wycisza mnie i nie uspokaja, jak zawsze się działo?

 

To piękno nie do końca koi.

Oczywiście, że myśl o powrocie do Polski pojawia się z tyłu głowy i zdaję sobie sprawę z tego, że ewentualna decyzja o tym powrocie nie będzie żadną porażką. Po prostu niektórym nie wychodzi. Nie wierzę w to, że na Islandii żyje się szczęśliwie i bezstresowo, albowiem szczęście odnajdywałem tu tylko czasami, a poziom czynników stresogennych był chwilami nie do uniesienia. Porażką jest bardziej to, że po ponad roku emigracji nagle staje się frontem do ściany i przez moment nie widzi się niczego poza nią. To bardzo bolesne i frustrujące. Ale mam odwagę o tym pisać, wiedząc jednocześnie, jak wiele osób ucieszy się z takiego obrotu spraw w moim życiu. Wiem to, bo liczba komentatorów/obserwatorów z różnych powodów zablokowanych jest naprawdę spora, a ja nadal nie rozumiem, jaką krzywdę wyrządziłem wszystkim tym ludziom, którzy życzą mi tu jak najgorzej. Przykro mi, że kolejny post może być odebrany jako utyskiwanie. Po prostu informuję o tym, w jakiej sytuacji się znalazłem. I jestem z tym sam, bo tak sobie wybrałem. Piszę to także dla siebie, żeby przeczytać ten wpis za pół roku czy za rok. Tam, gdzie wówczas będę, bo nie mam pojęcia, czy to będzie Islandia.

 

Nie, nie oczekuję też współczucia, wpakowałem się na minę samodzielnie i samodzielnie muszę się teraz wydostać z dołu. Zastanawia mnie jedynie to, dlaczego starałem się przekonać siebie, że naprawdę jestem gotowy na emigracyjne życie. Bo inni tu przyjeżdżają, po prostu znajdują pracę i zostają? Nie szarpią się z nauką języka islandzkiego jak ja, którego znajomość w gruncie rzeczy też niewiele zmieni na rynku pracy prowincji? Może. A może powinienem wziąć głęboki oddech, zacząć wszystko od nowa, iść spokojnie pracować do fabryki rybnej, gdzie nigdy się nie widziałem, i zwyczajnie skoncentrować się na przeżyciu danego dnia? Tylko przy braku środków finansowych na sytuacje awaryjne raczej czegoś takiego nie da się zrobić. Zwłaszcza gdy dodatkowo boli to, że miałem w planie wymarzony oraz wyczekiwany od roku urlop w drugiej połowie czerwca i chciałem wreszcie zobaczyć fiordy wschodniej Islandii, ale oczywiście w obecnej sytuacji wszystko musiałem odwołać. Nie mam zatem pojęcia, jak będzie wyglądać następne trzydzieści dni. Nie śmiem sięgać myślami gdzieś dalej.

sobota, 18 maja 2024

Majowe zmiany

 

Ja i mój ukochany fiord

Pewnie w maju pojawi się też tylko jeden wpis jak w kwietniu. Kiedy zakładałem tego bloga wiele lat przed przyjazdem na Islandię, miał on być w założeniu miejscem, gdzie często będę sobie wpisywał codzienne refleksje, takim dziennikiem emigracyjnego życia. Tyle że emigracyjne życie nie daje ani czasu, ani możliwości koncentracji, ani takiego komfortu umysłu, żeby sobie wszystkie rzeczy na bieżąco układać i o nich pisać. Kiedyś czytałem dziesięć książek miesięcznie i byłem w stanie napisać jedną w rok. Dziś cieszę się, gdy uda mi się w ciągu miesiąca przeczytać ze dwie lub trzy powieści, a o własnym pisaniu mogę zapomnieć. I chyba będę musiał, bo naprawdę nie ma tu warunków na to, by napisać książkę, a kiedy pomyślałem o literaturze faktu i nawet przygotowałem konspekt, otrzymałem trzy odpowiedzi odmowne z wydawnictw. Prawdopodobnie nikogo to po prostu nie interesuje, choć znam rynek wydawniczy i wiem doskonale, że odmowy publikacji mają bardzo różne powody, niejednokrotnie wcale niezwiązane z tym, czy dana narracja jest dobra albo czy kogoś zainteresuje. Dlatego koncentruję się na prozie życia, trzymając się kurczowo pracy w literkach jedynie wtedy, kiedy piszę coraz rzadziej już ukazujące recenzje.

Teraz bowiem muszę się skoncentrować na szybkiej i sprawnej pracy w gastronomii. Od tego miesiąca pracuję w restauracji na końcu Islandii. Víkurskálinn w Bolungarvíku jest miejscem popularnym i chętnie odwiedzanym przede wszystkim ze względu na szybkość obsługi oraz znakomite jedzenie. Byłem tam dawniej dwukrotnie jako konsument i nie spodziewałem się, że trafię ponownie jako pracownik. Za mną dopiero trzy zmiany, ale wiem, że będzie mi się tam pracowało dobrze. Bo ogromnie istotne w każdej pracy jest to, z kim pracujesz i jakie masz szefostwo. Trafiłem znakomicie, choć oczywiście nie ma tam czasu na wolne uczenie się, po prostu wszystko trzeba ogarniać naraz. Trzy dni po dziesięć godzin pracy, kiedy można usiąść właściwie tylko na kwadrans dziennie do posiłku, są wykańczające nawet dla kogoś, kto jak ja pracował w sklepie przez osiem godzin i zasadniczo sekcja pracy przy sprawach finansowych niczym się nie różni. Różnica polega na tym, że trzeba być w gastronomii czasem w dwóch miejscach naraz, robić trzy rzeczy jednocześnie i pamiętać o szczegółach. I praca w jakimkolwiek sklepie łącznie z przyjmowaniem i indeksowaniem towarów to jednak zupełnie nieprzystająca do gastronomii rzeczywistość. Mnóstwa rzeczy muszę się jeszcze nauczyć i wiem, że pracuję za wolno, choć przecież ani chwili nie siedzę na czterech literach. Dwie z pewnością relaksujące mnie czynności to mycie garów oraz składanie toaletowych ręczniczków do rąk dla klientów. Umiem już nalewać piwo, robić hot dogi, nadal mam problemy z robieniem lodów, a przede wszystkim shake’ów. Ale tak, właśnie tym będę się zajmował od teraz, bowiem zakładam, że to będzie praca na stałe. Zresztą takiej potrzebuję.

Spacer na południu Fiordów Zachodnich


I tak to właśnie wygląda. Decyzja o emigracji pociąga za sobą konsekwencje, których kształtów absolutnie nie przewidziałem. Bardzo lubię moją obecną pracę, bo jest dynamiczna i po prostu czuję, że żyję. Jest to również praca zmianowa, w związku z tym będę mieć więcej wolnych dni. Ale nigdy nie przypuszczałbym, że tablicę interaktywną, dziennik elektroniczny, uczenie w szkole kreatywnego pisania czy pisanie książek zamienię na życie za ladą. To jest doświadczenie zaskakujące i niezwykle wartościowe. Docenia się pewne rzeczy, otwierają się nowe perspektywy, inaczej patrzy się na życie, inaczej o nim myśli. Czternaście miesięcy pracowałem w jednym miejscu, w którym nie czułem się dobrze. A jednak tworzyłem poczucie stabilizacji i tego, że coś jest na stałe. Dziś wiem, że emigracja to wieczne zmiany i wieczna niepewność. Mogę coś doceniać – na przykład to, że mam możliwość wynajmowania pięknego domu albo jeżdżę znakomitym samochodem – ale muszę mieć z tyłu głowy, że wbrew tytułowi bloga i mojemu egzystencjalnemu zamierzeniu nic tu wcale nie jest „na zawsze”.

Wiem również, że mnóstwo hejterskich komentarzy pod moim adresem lub tak zwanych dobrych rad kanapowych znawców albo po prostu wszelakiej formy niechęci wobec tego, jak i co piszę o swojej emigracji wynika przede wszystkim z tego, że nie ma ona spójnego dla odbiorcy kształtu. Bo z jednej strony wyjechał, porzuciwszy dostatnie życie i jak śmie teraz na cokolwiek narzekać, a z drugiej strony narzeka i wciąż powtarza, że trafił do najpiękniejszego miejsca i nie chce się z nim pożegnać. Tak to właśnie jest. Taki jestem. Niejednoznaczny w swych wyborach, emocjach, decyzjach. Chcę spokojnego i samotniczego życia na islandzkiej prowincji, ale z miliona powodów jest to czasem trudne lub niemożliwe. Ludziom nie klei się to, że można dostrzegać złe strony kraju, który się przecież świadomie wybrało do życia. Wybrałem pejzaż i on jest najważniejszy. Reszta to umiejętność dostosowania się do trudnych warunków albo niemożność dostosowania się. Kiedy wspominam o sprawach negatywnych, ani razu nie sugeruję, że jest mi źle z powodu zimna, wiatru, deszczu, śniegu, mgły, braku słońca czy innych czynników atmosferycznych, które określane są jako depresyjne, lecz dla mnie takie nie są. Komplikacja mojej emigracji to przede wszystkim pomieszanie wielkiej miłości do danego miejsca z ogromnym wyczuleniem na ludzką podłość, niekompetencję albo dyletanctwo. Cokolwiek się dalej wydarzy, wiem, że mam prawo myśleć o Islandii to, co myślę, i zmieniać zdanie pod wpływem własnych doświadczeń, nie komentarzy innych. A na razie chcę się skoncentrować na dopasowaniu do zmiany, chcę być dobrym pracownikiem i uczciwie zarabiać tutaj na życie. Dlatego maj będzie trudny, ale do zmian i pewnego rodzaju niepewności na co dzień już po prostu muszę się przyzwyczaić.



Zdjęcia do dzisiejszego wpisu robiła mi Patrycja Makowska. Znakomita fotografka, której fotografie możecie znaleźć między innymi TUTAJ. To kolejna osoba na Islandii, która pokazuje mi, jak robić dobre fotki i jakie tajemnice kryje w sobie po prostu profesjonalne zdjęcie. Mnie aktualnie przykuwa detal, choć kiedyś fotografowałem tu absolutnie wszystko. Daleko moim zdjęciom do obrazów takich moich znajomych jak Patrycja, Mariusz Zaworka czy na przykład Adam Ciach, ale to też kwestia tego, że wszystkie robię po prostu aparatem w telefonie i nie mam żadnego profesjonalnego sprzętu. Wracając jednak do Patrycji, udało nam się spędzić piękny dzień, jeżdżąc Marilyn po południu Fiordów Zachodnich i wiem, że na pewno to kiedyś powtórzymy, bo Patrycja to znakomita kompanka w podróży i po prostu przesympatycznie spędziliśmy czas. Zakładam również, że poza gastronomią pojawią się także jakieś oferty pracy w turystyce jak pierwsze zlecenie na obwiezienie grupy turystów, które zrealizuję niebawem. Teraz tylko do października, bo jasność przez całą dobę mnie bardzo męczy, ale napisałem to już tutaj wiele razy, więc po co się powtarzać?

---

Jeśli podoba Ci się ten blog lub Cię inspiruje, możesz mnie wesprzeć finansowo, TUTAJ link do Paypala.

poniedziałek, 15 kwietnia 2024

Zimowy kwiecień

 

Czekając na koniec bieli

Tegoroczny kwiecień na Fiordach Zachodnich nie rozpieszcza. Mamy połowę miesiąca, a dopiero za kilka dni w prognozie planowane są wreszcie temperatury dodatnie i opady deszczu, a nie śniegu. Pod koniec marca nierozważnie zasugerowałem tutaj mojej znajomej, że to już końcówka męczącego mnie jeżdżenia samochodem w zimie. Okazało się, iż jeszcze dużo tej zimy – z zaryciem w głębokim śniegu na poboczu włącznie, co zakończyło się wyciąganiem mojej Marilyn przez przejeżdżającego obok ziomka za pomocą liny, którą na szczęście wraz z łopatą zawsze wożę w bagażniku. Ubiegłoroczny kwiecień był zupełnie inny. Przed rokiem o tej porze śnieg leżał jedynie w wyższych partiach gór. Dziś nadal wszędzie go pełno i nie ma jak stopnieć, bo lekki mróz wciąż trzyma. W związku z tym moja pierwsza zima jako kierowcy znacznie się przedłuża. I żal mi jedynie, że z tego powodu lata będzie mniej. Że wciąż są zamknięte szutrówki, którymi tak uwielbiam jeździć, a na które prawdopodobnie nie wjadę jeszcze w tym miesiącu. Najbardziej jednak dotyka ta monotonia codzienności. Nie w sensie pejzażu tak w ogóle, bo każdy słoneczny dzień to u mnie kolejne kilkanaście nowych zdjęć w telefonie, ale bardziej w znaczeniu tej wszechobecnej bieli, która zaczyna trochę dobijać. Plus słońce tak jak przed rokiem. Widno jest już od wczesnych godzin rannych do 22:00, a wszystko dopiero się rozkręca. Trudny czas dla mnie. O innym stopniu trudności niż długa zima, bo tym razem z aurą będzie walczyć mój organizm nieznoszący słońca, a nie mój samochód, który mi tak dzielnie służył podczas tej przedłużającej się zimy.



Nowym wyzwaniem cieplejszej pory będzie pierwsze zlecenie turystyczne. Przypływa do nas sporo statków, a część pasażerów wybiera się na zorganizowane wycieczki autokarowe po okolicy. Będę mieć przyjemność prowadzić taką grupę po raz pierwszy. Mam nadzieję, że zleceniodawca oraz ci ludzie będą zadowoleni i uda mi się działać tak częściej. Bo przecież nie ma nic piękniejszego niż zarobić pieniądze na czymś, co jest lekkie, przyjemne i całkowicie powiązane z pasją, więc to nie jest w zasadzie żadna praca. Sam nie mogę wozić komercyjnie turystów po Fiordach Zachodnich moją Marilyn, bo do tego jest potrzebna specjalna licencja. Nie mam też uprawnień przewodnika, choć jestem w stanie pokazać w regionie prawie wszystko i trochę o tym opowiedzieć. Może więc w przyszłości zarobkowanie w branży turystycznej będzie możliwe, jeśli ktoś mi po prostu zleci taką usługę, gdzie nie jestem za kierownicą, lecz prowadzę grupę i opowiadam. Nie wiem, czy wystarczy mi na to życia, ale idealnie byłoby na przykład otworzyć działalność gospodarczą, biuro podróży specjalizujące się w pokazywaniu tylko islandzkich Fiordów Zachodnich. Nie wiem też, czy jestem na tyle przedsiębiorczy, by taki projekt zrealizować, i czy nie pożre mnie żywcem konkurencja, ale byłoby to dla mnie coś naprawdę wspaniałego. Bo póki co niebawem będę rozglądał się za nową pracą na stałe, gdyż za obecną pensję po prostu nie jestem w stanie żyć.



Wczoraj pomyślałem sobie, że bardzo chciałbym tu też komuś pomagać, więc wysłałem zgłoszenie do ośrodka, w którym opiekuje się ludźmi samotnymi i poszukują tam pracowników. Nie jestem pewien, czy uda mi się zdobyć taką pracę, zwłaszcza po godzinach, jednak może tak się stanie, kto wie. Mam wrażenie, że ludzie tutaj bywają na tyle zamknięci w sobie, że nie są w stanie dać do zrozumienia, jakie są ich prawdziwe potrzeby, czego by oczekiwali od innych ludzi, a przede wszystkim, czy i w jakim zakresie potrzebują pomocy. Włącza się mój syndrom Dorosłego Dziecka Alkoholika, jednak nic na to nie poradzę. Poza tym uważam, że życie na islandzkich Fiordach Zachodnich uczy, by pomagać zawsze, instynktownie i bezinteresownie. Zawsze zwalniam, gdy widzę stojący na poboczu samochód, zwłaszcza na światłach awaryjnych. To niesamowite, że wjeżdżając w mijankę w tunelu jednokierunkowym, by sprawdzić z tyłu, czy zabrało się ze sklepu portfel, widzi się dwa zatrzymujące się auta, których kierowcy dają do zrozumienia, że są gotowi pomóc, bo przecież kto stoi bez sensu w tej mijance. Albo tak jak z tym, o czym wspomniałem wyżej – podjeżdża Islandczyk, praktycznie bez słowa zajmujemy się umocowaniem liny, wyciąga mnie ze śniegu, ja dziękuję, on jedzie dalej. Tak po prostu.

Tymczasem czekam na islandzkie lato, które planowo rozpoczyna się 25 kwietnia (to wtedy dzień wolny) oraz jakąś odmianę losu. I pomaluję sobie łazienkę na czarno-czerwono. I zamierzam traktować siebie trochę lepiej niż dotychczas, gdy niektórzy ludzie wciąż są wobec mnie tacy, jacy byli mimo życzliwości z mojej strony. Pewnie będzie to też jedyny kwietniowy wpis, ale nie mam większej potrzeby pisania w tym czasie, natomiast nie chcę, by blog zarósł wirtualnym kurzem.

---

Jeśli podoba Ci się ten blog albo Cię inspiruje i chcesz mnie wesprzeć finansowo na emigracji, zapraszam: Jarosław Czechowicz, nr konta w Alior Banku 65 2490 0005 0000 4000 2364 6501

poniedziałek, 25 marca 2024

Pytania i odpowiedzi, część 2

 


Islandia udowodniła, że jeśli ktoś marzy o wiośnie w drugiej połowie marca, może się bardzo rozczarować. Dokładnie pierwszego dnia astronomicznej wiosny (na Islandii nie ma czterech pór roku, zima od razu przechodzi w lato w kwietniu) nad Fiordami Zachodnimi rozpętało się białe piekło – jakkolwiek dziwnie brzmi to połączenie słów. Śnieg padał przez cały dzień, a wiatr wiał w porywach do 28-30 metrów na sekundę. Jak się zatem można zorientować, część dróg została zaraz zamknięta, a pod koniec dnia zamknięte były wszystkie drogi w regionie, co zdarzyło się ostatnio w okolicach Bożego Narodzenia. Co ciekawe – region stołeczny czy południe Islandii nie miały takich pogodowych przygód, można tam było funkcjonować, a przede wszystkim jeździć samochodem normalnie. Po dwóch dniach załamania pogodowego we Flateyri wszędzie powstały kilkumetrowe zaspy śniegu i jestem pełen podziwu dla człowieka odpowiadającego tu za odśnieżanie, gdyż wykonał kawał dobrej roboty. Na zewnątrz zatem trzeba było na przykład wykopać tunel, by wyjść z domu. Albo drugi do kontenera na śmieci, który również trzeba było zlokalizować i odkopać. Moje drzwi wejściowe otwierają się na zewnątrz, w związku z tym gdybym w czwartek nie pracował wokół nich z łopatą trzy razy dziennie, oczywiście nie udałoby mi się opuścić mieszkania i musiałby mnie odkopywać ktoś z ulicy. Taki to islandzki marzec. Nie zanosi się na to, byśmy pożegnali się ze śniegiem do początku kwietnia, natomiast mam wrażenie, że w ostatnich dniach spadło najwięcej białego puchu, odkąd zima rozgościła się tu już w połowie października.



Ale dzisiejszy post miał być ponownie jak poprzedni poświęcony odpowiedziom na Wasze pytania. Kraina Ciszy pyta o zaskakujące smaki czy zapachy, które dotąd były nieznane. Smak wody z kranu jest czymś niezwykłym dla kogoś, kto przybywa z kraju, gdzie mało kto ma odwagę napić się wody nieprzegotowanej. Ale ten smak znałem już wcześniej, więc nie był nowy. Woda w Islandii wszędzie jest znakomita i można ją bez wahania pić. Nalewasz z kranu i serio czujesz, jakbyś pił wodę niegazowaną jakiejś lepszej marki. Drugi smak, który przychodzi mi do głowy, to smak jagnięciny. Chyba tak się złożyło, że nigdy w życiu nie jadłem, tutaj spróbowałem tylko dwa razy, jednak charakterystyczna nuta smakowa na języku pozostała ze mną na dłużej. Co do zapachów – wiem, że to zabrzmi idiotycznie i jak z klasycznego przewodnika po Islandii, ale tutejsze powietrze ma zapach i jest to oszałamiające doświadczenie. Zwłaszcza wtedy, gdy wieje mocno i intensywnie, a później wszystko się uspokaja. Jest również zapach, który nie jest dla mnie przyjemny i trudno mi się do niego przyzwyczaić, a chodzi o ryby – wonie z okolic zakładów rybnych, lecz również smród popularnej tutaj ryby suszonej, którą zajada się z masłem, a której woń po otwarciu foliowego opakowania zawłaszcza absolutnie każdą przestrzeń. Fajnie i różnorodnie pachnie też ocean. Trudno mi to bardziej precyzyjnie opisać, ale czuję różne zapachy, będąc przy różnych wybrzeżach. Deszcz tutaj też czasem pachnie. Ten najbardziej intensywny. Na szczęście nie muszę znosić zapachu siarki, gdy odkręcam ciepłą wodę, ponieważ nie mamy tu źródeł geotermalnych, za to płacimy dość konkretnie za podgrzewanie wody. A przynajmniej ja płacę.

Jola pyta o to, czy możliwy byłby start tutaj bez ludzkiego zaplecza. Raczej nie, bo trzeba obejść absurdy systemu, kiedy się tu przylatuje. Na przykład (o ile dobrze pamiętam, bo już wyparłem te niepotrzebnie stresujące mnie rzeczy z pamięci), żeby mieć kennitalę, czyli islandzki numer identyfikacyjny, należy mieć adres zameldowania, a adres zameldowania można mieć wówczas, gdy ma się kennitalę. Większość Polaków przyjeżdża tu do pracy, zatem wszelkie sprawy formalne załatwiają za nich głównie pracodawcy. Ja musiałem wykazać, że mam środki na trzymiesięczne utrzymanie, skoro dopiero zamierzałem szukać pracy na miejscu. Taki wykaz był oczywiście z polskiego konta, gdyż nie mogłem założyć islandzkiego bez kennitali i oczywiście należało zainwestować w tłumaczenie przysięgłe, żeby ten dokument był po angielsku. Ma ważność przez jakiś czas, ale naturalnie w praktyce można mieć te środki pożyczone od kogoś w dniu wystawiania zaświadczenia, po czym po chwili ich już tam nie mieć. Zatem de facto można wlecieć do Islandii bez grosza na koncie, bo sposób sprawdzania środków na nim jest dość absurdalny (byłem przekonany, że takie coś robię po prostu w urzędzie, gdy potwierdzam przybycie, i pokazuję aktualny stan polskiego konta w aplikacji). W wielu sprawach na samym początku pomogli mi Polacy mieszkający tu od lat. Pierwszy adres zamieszkania, wyrobienie kennitali, bez której nic tu nie można zrobić, sprawy bieżące. Mieszkanie oraz praca – to już zasługa Islandczyków. Czy chętnych do zawierania bliższych relacji, bo o to pyta też Jola? Trudno mi powiedzieć, bo sam takich relacji nie szukam. Na pewno Islandczyk zachowa wobec ciebie duży dystans, ale to zdrowe podejście, o ile dystans nie zamienia się w lekceważenie. Dużo zmienia to, gdy zaczynasz mówić po islandzku – nawet z błędami. Wtedy Islandczycy stają się bardziej serdeczni. Myślę, że przyjaźnią się jednak z ludźmi, których dłużej znają. Dla mnie cenne jest to, że odkąd zacząłem dukać po islandzku, nie jestem już cieniem albo kimś, kogo się mija bez słowa. Islandczycy są bardzo serdeczni w tym pierwszym podstawowym kontakcie. To, co najbardziej intymne w relacjach, zostawiają – tak mi się wydaje – bardziej w rodzinie. Nie są tacy, jacy bywają Finowie, którzy często afirmują, żeby się nawet do nich nie zbliżać, ale na pewno nie ma tu żadnej wylewności w kontaktach. Jest ciekawość, jak również wspomniany bezpieczny dystans. Wracając do pierwszego pytania Joli – jeśli jesteś osobą zaradną, przedsiębiorczą i przede wszystkim umiesz w tak zwane ogarnianie codzienności, dasz sobie radę, przyjeżdżając do Islandii.



Małgorzata pyta o zwyczaje, do których ciężko przywyknąć. Owszem, jest ich kilka. Najbardziej denerwuje mnie mieszanie pojęcia życia na luzie z niekompetencją albo byciem niesłownym. W sensie ktoś nie wywiązuje się z jakiejś oczywistości lub nie wykonuje swojego obowiązku zawodowego, za co w Polsce pewnie poniósłby konsekwencje, a określenie „zapomniałem” czy „ojej, tak się nie stało” ma być równoważne z przyjęciem, że tu po prostu tak jest i to jest tak zwane wyluzowanie. Trudno mi przywyknąć też do tego, że praktycznie całą zimę wiele aut jeździ w śniegu i lodzie. Kierowcy często przecierają tylko lewą stronę przedniej szyby i ruszają. Nadal nie mieści mi się to w głowie. Wiem, że codzienne odśnieżanie samochodu jest męczące i zajmujące czas, jednak nigdy nie wyjadę Marilyn, dopóki nie jest oczyszczona ze śniegu czy lodu w sposób niezagrażający innym kierowcom na drodze, przede wszystkim jadącym za mną.

Teraz zbliża się moja druga już islandzka Wielkanoc. Co ciekawe – w Islandii wolne są czwartek i piątek jako dni świąteczne, polska Wielka Sobota jest normalnym dniem pracy, a potem znowu są dwa dni wolne tak jak wszędzie. Wiecie oczywiście, że nie będzie żadnej Wielkanocy, lecz po prostu radość z wolnych dni, choć zimowa pogoda nie odpuszcza i prawdopodobnie nigdzie daleko, a już na pewno na szutry sobie jeszcze nie pojadę. Znajduję się w stanie dużego dyskomfortu i niepokoju, wciąż myśląc o zmianie pracy, która jest konieczna, ale pociesza mnie świadomość, że już za chwilę długa zima się skończy, a wszelkie drogi będą stały przede mną i Marilyn otworem. Czekamy oboje z wytęsknieniem.

---

Jeśli podoba Ci się ten blog albo Cię inspiruje i chcesz mnie wesprzeć finansowo na emigracji, zapraszam: Jarosław Czechowicz, nr konta w Alior Banku 65 2490 0005 0000 4000 2364 6501


poniedziałek, 18 marca 2024

Pytania i odpowiedzi, część 1

 

Widok na islandzką "wiosnę"

Pomachałem sobie trochę z łopatą przed domem, żeby jutro wyjść z niego do pracy i pomyślałem, że w ramach odpoczynku przygotuję post, który zapowiedziałem na Fb. Prosiłem Was, abyście umieścili tam pytania do mnie, a ja postaram się na wszystkie wyczerpująco odpowiedzieć. Ponieważ jestem trochę wyczerpany treningiem cardio w śnieżnych zaspach (tak, połowa marca na Fiordach Zachodnich to zima w pełni z aktualnie dodatkowo silnym wiatrem 20-23 metry na sekundę), nie wiem, czy uda mi się zawrzeć wszystko to, o czym myślałem od czasu przeczytania Waszych pytań, jednak spróbuję zebrać myśli. Tym bardziej że pytań było sporo, więc rozłożę to jednak na dwa posty. Jeśli w międzyczasie chcielibyście zapytać o coś więcej, polecam facebookowy profil „Islandii na zawsze”, gdzie pod przypiętym u góry zdjęciem można dodać pytanie. Można je wpisać także tutaj w komentarzu.

Barbara pyta o fajne jedzenie oraz o muzykę. Przyznam się, że nic fajnego poza jagnięciną podczas ubiegłorocznej kolacji wielkanocnej (tak, Islandczycy celebrują kolację, nie śniadanie podczas Wielkanocy) nie jadłem na Islandii i jakoś nie rozglądałem się za lokalnymi przysmakami, bo zwyczajnie nie mam pieniędzy na te dania, które są zazwyczaj drogie. Na Islandii jest skyr w niezliczonych wersjach smakowych. Taki prawdziwy skyr, a nie ten podpisywany jako islandzki i sprzedawany w polskich marketach. Przejadł mi się. Jem tu paradoksalnie bardzo mało ryb, choć to podstawa islandzkiej kuchni i w wielu miejscach można zjeść rybne pyszności. Najlepsza ryba dnia tutaj serwowana jest w Húsið, gdzie koniecznie trzeba zjeść obiad/kolację, jeśli trafi się do Ísafjörður. Nie jadłem żadnych z tych świństw typu łby, jądra czy mózgi zwierząt, nie znoszę też suszonej ryby, natomiast moim ulubionym przysmakiem z marketu jest serek Kotasela, który przyrządzony z cebulką oraz przyprawami, smakuje znakomicie. Niestety, nie jem tu zdrowo. Nie umiem gotować, nie mam na to czasu. Markety oferują liczne gotowe dania, które wrzuca się do mikrofali, i w zasadzie tym się żywię. Dobre jest masło, a co ciekawe - niesmaczne sery. Kupując gotowe potrawy w Bónusie, zawsze należy sprawdzać datę przydatności do spożycia, bo już kilka razy kupiłem dania przeterminowane. Islandczycy mają też wiele rodzajów słodyczy, a szczególną różnorodność można zaobserwować w żelkach. Przykro mi, ale nic naprawdę wyjątkowego nie można tutaj zjeść, ale ja też nie jestem Magdą Gessler, więc piszę tylko o tym, czego mój żołądek potrzebuje albo przeciw czemu się buntuje.

Okładka płyty zespołu, o którym mowa

Co do muzyki – polecałem już i polecam lokalny zespół Isafjørd. Nie mają jakiegoś wielkiego dorobku muzycznego, ale to, co do tej pory zaserwowali, bardzo mi się podoba. Ciekawostką jest to, że wynajmuję dom od piosenkarza z zespołu Celebs, którym siłą rzeczy się zainteresowałem i podglądam rozwój ich kariery. To oczywiście zupełnie inny typ muzyki, ale jeśli chcielibyście zobaczyć mojego landlorda na scenie, zapraszam do obejrzenia ich występu podczas ubiegłorocznego Söngvakeppnin. Specem od muzyki islandzkiej jest Marcin Kozicki, którego stronę Stacja Islandia serdecznie polecam. Mam wrażenie, że muzyka islandzka dzieli się na segment mrocznej, melancholijnej, kuszącej bardziej wymagającego odbiorcę oraz na segment chwytliwego, prostego, bezpretensjonalnego i czasami sympatycznego popu. Na pewno pomiędzy są jeszcze inne segmenty, ale ja po prostu nie słucham na co dzień islandzkiej muzyki, natomiast Marcin wie o niej wszystko.

Plany - zostać tu na zawsze


Ewelina pyta o plany na przyszłość. Trudno mi cokolwiek konkretnego napisać. W Islandii żyje się tak, że zazwyczaj nie antycypuje zbyt wiele. Ale życie chwilą to także nie jest mój model. W tym momencie mam wrażenie, że utknąłem. Jestem sprzedawcą w sklepie, który niebawem opuszczę, ponieważ bardzo mało tam zarabiam i zwyczajnie nie stać mnie na wszystkie miesięczne wydatki. Wspominałem o tym w poprzednim poście. Nie wiem, jaką alternatywną pracę znajdę i przede wszystkim czy znajdę coś z godziwą wypłatą, bo tutaj, na Fiordach Zachodnich, możliwości są niewielkie. Na razie jestem na tym etapie emigracji, że nie snuję planów, lecz wiem jedynie, że chcę tu zostać. Bardzo bym chciał zarabiać na pokazywaniu ludziom Islandii, fotografowaniu jej, pisaniu o niej. Tymczasem, żeby mieć na chleb, paliwo i fajki, muszę pracować tam, gdzie ta praca jest. Kto wie, może pójdę do przetwórni rybnej, by zaliczyć to klasyczne doświadczenie początku polskiej emigracji. Nie wiem, co będzie. Finansowa niepewność jest bardzo męcząca. Mam nadzieję, że nie dojdę do ściany i wydarzy się coś, co po prostu powiększy liczbę koron na moim koncie.

Sebastian pyta o piwo i puby. Cóż, piwa w ogóle nie piję, a w Polsce sięgałem sporadycznie po Heinekena. Nie wiem zatem, jakie rodzaje piwa i w jakiej cenie są na Islandii. Tutaj alkohol sprzedawany jest w specjalnych sklepach monopolowych (jak we wszystkich krajach nordyckich) otwartych dość krótko w ciągu dnia, natomiast picie go „na mieście” to narażenie się na spory wydatek, bo już normalnie w sklepie wyroby alkoholowe są drogie, natomiast w knajpach droższe pewnie dwukrotnie. W Ísafjörður odbywają się imprezy w Edinborg Bistro i pewnie jeszcze w jakimś miejscu, ale tego nie wiem, bo nie bywam. Nie stać mnie jak w Polsce na umówienie się z kimś i wyjście na wieczorne piwo lub dwa. Poza tym muszę dojechać do domu 25 km, więc jak to wieczór z alkoholem? We Flateyri mamy klub, w którym można się napić i potańczyć, stoi nawet za rogiem mojego domu, ale nigdy tam nie byłem. Vagninn czynny jest obecnie tylko w sobotnie wieczory, lecz w sezonie turystycznym ożyje. Pewnie się tam kiedyś wybiorę, choć nie mam takiej potrzeby. Być może zrobię to z czystej ciekawości. Reasumując: w Islandii lepiej kupić alkohol i zrobić domówkę niż iść szaleć do miasta. Inna sprawa, że sporo ludzi nie ma tu żadnych problemów finansowych, więc mogą sobie śmiało pozwolić na to drugie.

Iwona pyta o język islandzki. Pisałem o nim tutaj wiele razy, więc pozwolę sobie tylko wspomnieć o nowych spostrzeżeniach. Przede wszystkim w nauce języka obcego pierwszym etapem jest słuchanie i rozumienie tego, co się słyszy, a dopiero potem mówienie w tym języku. Ja mam wrażenie, jakbym chciał wejść na ten drugi poziom z pominięciem pierwszego. Jestem osłuchany z islandzkim na co dzień, ale wciąż naprawdę niewiele rozumiem. Islandczycy mają też kilka słów, które nic nie znaczą, a które są używane nagminnie i co więcej – oni dzięki tym słowom precyzują swoją komunikację. Ukończyłem dwa kursy języka islandzkiego. Znam blisko tysiąc słów. Potrafię budować bardzo proste zdania, a mimo to wciąż brakuje mi słów. Czasami próbuję mówić, używając zdań złożonych. Język jest bardzo trudny, a fonetyka najtrudniejsza. Problemem na przykład w poprawnej odmianie rzeczowników jest to, że trzeba znać rodzaj, by odpowiednio odmienić, a w islandzkim rodzaje zdecydowanie nie pokrywają się z rodzajami języka polskiego. Islandzki ma też dużo słów, które lepią ze sobą trzy lub cztery i tworzą nowe znaczenie. Już samo poprawne przeczytanie takiego czegoś jest wyczynem, nie mówiąc o użyciu go w zdaniu. To, co mi niezbędne w pracy w sklepie, mam mniej więcej ogarnięte. Umiem nawet czasem poprowadzić krótki small talk z klientem po islandzku. Ale to nadal poziom, któremu daleko do A1. Uczę się powoli, wciąż zapominam to, czego się nauczyłem, frustruję się z tego powodu, jednak idę do przodu. Wcześniej czy później się nauczę islandzkiego, bo po prostu nie mam wyjścia, zostaję tu, chcę mówić językiem ludzi żyjących w tym państwie.

Ukończyłem dwa kursy języka islandzkiego


Odpowiedzi na kolejne pytania pojawią się w następnym wpisie. Przypominam, że wszystko, o czym tu czytacie, jest moją prywatną perspektywą. Nie posiłkuję się żadnymi stronami o Islandii, nie kopiuję ich fragmentów, nie tworzę jednocześnie iluzji pięknego życia na emigracji, bo ono jest bardzo trudne i będę to stale podkreślał. Tymczasem czekam końca zimy, ale muszę się uzbroić w cierpliwość. Muszę również zająć się projektem albo konspektem książki o tym pierwszym emigracyjnym roku. Moje powieści nie sprzedały się w satysfakcjonującym mnie nakładzie, więc może pora, aby spróbować z literaturą faktu. Tylko kiedy znaleźć czas na uporządkowanie i zapisanie doświadczeń emigracyjnych?

---

Jeśli podoba Ci się ten blog albo Cię inspiruje i chcesz mnie wesprzeć finansowo na emigracji, zapraszam: Jarosław Czechowicz, nr konta w Alior Banku 65 2490 0005 0000 4000 2364 6501

niedziela, 10 marca 2024

Ökuskóli 3

 

Na początku chciałem Wam pokazać koszulkę, którą zdobyłem w sklepie Very Finnish Problems. To satyryczna strona, którą od lat obserwuję na Facebooku i od niedawna na Instagramie. Okazuje się, że wiele finish problems to moje problems. Podobno dla Fina największą traumą jest to, gdy ktoś zajmie drugie miejsce obok niego w komunikacji publicznej. Ja może nie cierpię wtedy tak bardzo, ale wreszcie udało mi się znaleźć koszulkę, która oddaje moją osobowość. Tym bardziej że jest z dobrego materiału, nie idzie tygodniami z Chin, bo wysyłana jest z Europy, i sklep oferuje wiele innych ciekawych gadżetów dla introwertyków, którzy czasami chcą zamanifestować, kim są. Oczywiście bardzo dziękuję islandzkiej poczcie za przyłożenie mi cła wynoszącego drugą cenę koszulki, ale tak już jest, jak się mieszka poza Unią Europejską. Przez rok islandzkiego życia doskonale poczułem i zrozumiałem, jak wspaniała jest europejska różnorodność konsumencka. Z drugiej jednak strony -  skoro tutaj rzeczy jest mało i w mniejszym wyborze, można się nauczyć minimalizmu. Dla każdego zakupoholika zamieszkanie na Islandii przez powiedzmy pół roku byłoby doskonałą terapią leczącą uzależnienie.

Ale ja dziś nie o tym, lecz o Ökuskóli 3. To islandzka szkoła jazdy w tak zwanych trudnych warunkach, jednak oferuje dużo więcej niż wiedzę oraz doświadczenie w tym zakresie. Chwaliłem się, że zdobyłem na Islandii prawo jazdy w dwa miesiące, jednakże nie wspomniałem, iż jest ono na razie tymczasowe. Aby uzyskać dokument na stałe, trzeba poza dwoma kursami teoretycznymi online, zdanym egzaminem z teorii, jazdami z instruktorem oraz zdanym egzaminem praktycznym, zaliczyć również Ökuskóli 3. Ja miałem na to aż trzy lata, ale postanowiłem zrobić ten kurs, zanim minie rok, odkąd mam prawo jazdy. Problemem jest to, że ta szkoła jazdy jest tylko w jednym miejscu w kraju, w Hafnarfjörður. Na szczęście wspaniałe związki zawodowe refundują jej koszt (prawie 50 tysięcy ISK), a także zwracają za paliwo, co dla mnie, dojeżdżającego tam z Fiordów Zachodnich, jest oczywiście bardzo cenne. Śmiałem się trochę wcześniej, że przeżyłem zimę na fiordach z codziennym jeżdżeniem po 50 km dziennie, więc taką Ökuskóli 3 miałem już zaliczoną wiele razy. Niekoniecznie. To nic, że wyprowadziłem Marilyn z poślizgu trzy razy. Podczas kursu ma się do wyprowadzenia z poślizgu samochód, który wiruje jak karuzela. Wszystko odbywa się na placu manewrowym, po którym jeździ się „pajączkiem”, czyli samochodem z doczepionymi z czterech stron małymi kółkami, a instruktor wprowadza auto podczas jazdy w stany, które doprowadzają do zawrotu głowy. Znakomite i cenne doświadczenie dla każdego kierowcy. Tym bardziej że w aucie poza instruktorem siedzą trzy osoby. Każdy prowadzi i musi się nauczyć radzić w kilku niebezpiecznych sytuacjach. Opisałem tylko jedną, którą symulują te „pajączki”, ale niezwykle cenne jest to, że gdy prowadzi kolejna i kolejna osoba, zmieniamy tylne siedzenie oraz obserwujemy, jak radzi sobie inny kursant z dwóch różnych perspektyw. Dopiero widząc ręce na kierownicy kolegi, zrozumiałem dwa swoje błędy.

"Pajączek" z placu manewrowego


Druga część kursu jest bardziej teoretyczna, ale nastawiona przede wszystkim na dyskusje. Można między innymi poczuć, jak boli w klatce piersiowej, kiedy usiądzie się w urządzeniu stymulującym zderzenie czołowe z jedynie minimalną prędkością. Niesamowite jest również doświadczenie przebywania w samochodzie, który jest obracany do góry nogami, a właściwie robi dwa obroty, z czego instruktor zatrzymuje nas na chwilę z głowami wiszącymi w dół i paniką w oczach. Otrzymujemy również informację o tym, że jest co najmniej dwadzieścia powodów, dla których zapinanie pasa bezpieczeństwa to absolutny priorytet. Mnie nieco rozbawiły slajdy pokazujące trudne warunki drogowe, bo ten ostatni obrazek z rzekomo najtrudniejszymi, to moja całkiem przyzwoita codzienność dojazdu do pracy, bo widać tam słupki. Dodam, że te małe, nie wysokie. Mogę świetnie jeździć w zawiejach i zamieciach, jednak jazda po mieście to wciąż dla mnie wyzwanie. Tym razem tylko się trochę stresowałem, nie panikowałem. Postanowiłem zjechać Reykjavik i ościenne miasta kilka razy wzdłuż i wszerz. Oczywiście, że popełniłem dwa błędy, które natychmiast skorygowałem i więcej ich nie popełnię, pogubiłem się raz w zjazdach, których wraz z rondami dwupasmowymi jest tam od groma, ale ostatecznie już nie boję się jeździć po rejonie stołecznym, choć z pewnością brakuje mi codziennej praktyki koncentrowania się na wielu bodźcach i komunikatach w ciągu kilku sekund, której to żyjąc na prowincji, po prostu nie mam, bo nie mam gdzie poćwiczyć. I nie ma tu ludzi, którzy jadą za tobą, przed tobą i obok ciebie. Cały czas.

Znakomity kurs także dla doświadczonych kierowców. Uważam, że powinien być obowiązkowy dla zdających prawo jazdy w całej Europie. Żadna teoria ani opowiadanie o jakichś dramatycznych zdarzeniach drogowych nie zastąpią doświadczenia. A ono uzyskuje się w Ökuskóli 3 w kontrolowanych warunkach i jest niezwykle cenne. Czy teraz bardziej boję się jeździć Marilyn? Wprost przeciwnie. Wiem, że jest cudownym autem, którego nie zamienię na żadne inne, ale zdaję sobie sprawę z tego, iż jest również zabójczą metalową klatką. I te dwa oblicza muszę pogodzić w swojej świadomości.

W stolicy zdecydowanie nie mają TEGO


Trzy dni w podróży były dla mnie ogromną radością, bo po raz pierwszy od października wyjechałem z Fiordów Zachodnich. Islandia zafundowała mi znakomitą pogodę, czyli temperaturę na plusie i przejezdne drogi. Oczywiście bardziej interesowały mnie pejzaże oglądane w jej trakcie niż ponowna wizyta w stolicy. Tam spotkałem się z dwójką znakomitych fotografów i wymieniliśmy parę spostrzeżeń na temat islandzkiej codzienności, która wciąż konsekwentnie i uporczywie opowiadana jest jako sielanka. Nie, życie na Islandii nie jest sielanką. Jest bardzo trudne, wymagające również wyrzeczeń, a także anielskiej cierpliwości, gdy o wiele spraw trzeba po prostu walczyć. Coraz częściej myślę o tym, żeby zamiast kolejnej powieści zmierzyć się z literaturą faktu. Opisać mój pierwszy rok emigracyjny na Islandii. Bez lukru i bez instagramowych oraz proponowanych przez biura podróży bzdur. Surowa codzienność w surowym miejscu. Czy jakiś wydawca chciałby taki materiał? Nie wiem. Wiem natomiast, że sam Reykjavik z pobytu na pobyt odstręcza mnie coraz bardziej. I coraz mocniej wrastam w przekonanie, że właśnie Fiordy Zachodnie z ich ciszą oraz izolacją to moja absolutnie dozgonna miejscówka, natomiast wiem, że będzie tu coraz trudniej, gdyż z powodu niskich zarobków po prostu muszę zmienić pracę na lepiej płatną, a nie ma tu takich możliwości zatrudnienia jak choćby w mieście, które odwiedzam z coraz mniejszą radością. Trzymajcie zatem kciuki.

---

Jeśli podoba Ci się ten blog albo Cię inspiruje i chcesz mnie wesprzeć finansowo na emigracji, zapraszam: Jarosław Czechowicz, nr konta w Alior Banku 65 2490 0005 0000 4000 2364 6501

niedziela, 25 lutego 2024

Islandzka samotność

 

Islandia to samotność

Do napisania tego postu zainspirowało mnie kilka komentarzy na Fb pod poprzednim wpisem. Otóż otrzymałem sympatyczne życzenia znalezienia tu kogoś bliskiego, żebym nie żył w pojedynkę, co na Islandii jest naprawdę kosztowne, a wszystkie wyliczenia w tym temacie zawarłem w poprzednim poście. Chciałbym dziś wyjaśnić, że nie potrzebuję ani nie szukam tak zwanej drugiej połówki, ponieważ doskonale czuję się sam ze sobą i właśnie w takim stanie najlepiej mi odbierać piękno Islandii, która także sama w sobie jest samotnością. Osobna na północnym Atlantyku, smagana wiatrami, w interiorze często niedostępna, pozwoliła się tu osiedlić ludziom, lecz ma ich za nic, co pokazały chociażby ostatnio wydarzenia z erupcjami wulkanicznymi, które zmusiły tysiące mieszkańców Grindaviku do opuszczenia swoich domów. Islandia jest piękna i groźna, ale ja chciałem dziś napisać o tym, że stan samotności jako taki nie ma w sobie w zasadzie żadnego piękna, nie musi niczym grozić, jednak bywa najcenniejszym życiowym doświadczeniem.

Wielu ludzi boi się samotności. Wielu uważa samotność za niezdolność do funkcjonowania w określonych modelach społecznych, w których istotne jest to, że człowiek tworzy różnego rodzaju stada i musi być częścią takiego stada, bo tylko wtedy nazywany jest dojrzałym społecznie. Samotność bardzo często kojarzy się negatywnie. Być samotnym to być w jakimś stopniu uszkodzonym, niepełnym, niegotowym na relacje, niespełnionym, depresyjnym, unikającym i w związku z tym innym w rodzaju dziwaka. Tymczasem jest to przecież stan, w którym najlepiej i najpełniej można się przyglądać sobie, a silna relacja, jaką się wtedy wytwarza, to relacja… z samym sobą. Wiadomo, że zaczynaliśmy w jaskiniach i z maczugami jako istoty stadne, bo było to konieczne do przetrwania, ale od dłuższego czasu świat pełen jest singli, którzy absolutnie nie cierpią z powodu tego, że są sami, choć wciąż wpajane jest nam, że to przejaw dekadencji czasów, w jakich żyjemy i że z tego nie będzie żadnych następnych pokoleń. Nie musi być, bo i po co? Czyż nie za długo już zawłaszczamy tę planetę? Czy Islandia ma się borykać z obecnością ludzi w nieskończoność?

Z nią wszędzie


Bardzo się cieszę, że coraz więcej osób zaczyna rozumieć, że samotność nie jest stanem udręki, lecz wyzwolenia. Nie wynika z tego, że ktoś nie może się do czegoś lub kogoś dopasować, lecz jest po prostu świadomym wyborem. Angielski psychiatra Anthony Storr napisał znakomitą książkę o samotności, którą miałem przyjemność zrecenzować TUTAJ. Storr uznaje samotność za całkowicie normalny stan, w którym najczęściej w pełni można realizować swoją drogę twórczą. Podkreśla również, że są dwie zasadnicze sprawy do rozróżnienia: potrzeba samotności a zdolność do niej. Ta pierwsza cechuje absolutnie każdego – nawet wiecznie otoczonego ludźmi ekstrawertyka, który bardzo chce przez chwilę pobyć samemu. Ta druga wiąże się już z wyborem drogi życia. Jestem w pełni odpowiedzialny za swoje życie i chcę je kreować sam, bo tylko sam więcej w nim zrobię, więcej osiągnę, uzyskam więcej satysfakcji z tego, co robię i będę przede wszystkim miał czas, by zaglądać w głąb siebie, nie bojąc się tych konfrontacji. A także uważam, że żyjąc samotnie, dam ludziom więcej, niż gdybym skupiał się na przykład na codzienności stworzonej przez siebie rodziny, dzieci, bardzo często tracąc kontakt ze swoimi prawdziwymi potrzebami. A nie żyłem i nigdy nie będę żyć dla spraw przyziemnych. Chociaż zamieszkując tutaj, muszę się mierzyć z ich bezkompromisowością i tym, że często przytłaczają.

Dlatego przybyłem na Islandię z docelowym pragnieniem obcowania z jej pejzażem solo. Zdecydowanie solo, w otoczeniu surowego krajobrazu, pośród wiatru i pustki. Zmysły działają mi inaczej, kiedy jeżdżę po Islandii sam, a inaczej, kiedy na przykład jeżdżę z kimś i coś mu pokazuję albo ten ktoś pokazuje coś nowego mnie. Są tu miejsca, do których chcę docierać tylko sam. Takie zakątki, których harmonię burzy już oddech mnie samego, a co mówić na przykład o dźwiękach rozmawiających ze sobą osób. Najcenniejszym doświadczeniem podczas odwiedzania różnych miejsc w Islandii jest doświadczenie ciszy. Dlatego chcę tu być samemu. Ruszać w drogę wtedy, kiedy poczuję, że to konieczne. Na własnych zasadach, we własnym tempie, z własną ścieżką, z postojami, całym koniecznym ekwipunkiem oraz otwartym umysłem. Nie twierdzę, że nie lubię jeździć po wyspie z innymi ludźmi. Najlepiej jednak jeździ mi się samemu. A poza tym potrzebuję przestrzeni, by między podróżami znaleźć dostęp do samego siebie. Bo czasami oszałamiające piękno islandzkiego pejzażu trochę zaburza mi percepcję i czasem tracę wgląd w samego siebie. Czasami po prostu wracam do domu w stanie jakiegoś emocjonalnego zamknięcia. Dopiero będąc sam ze sobą, po jakimś czasie zaczynam rozumieć, co przeżyłem podczas konkretnej wycieczki.

Wrota do samotnej doliny


To nie jest tak, że nie lubię ludzi, po prostu ich unikam, ale wiem, że muszę funkcjonować w jakiejś społeczności, bo to bardzo ważne, gdy ludzi jest mało w jednym skupisku, a natura pokazuje, jak mocno może uprzykrzyć życie. W doświadczaniu Islandii solo jest coś absolutnie magnetycznego i widać to często w mediach społecznościowych, gdzie najciekawsze obrazy i relacje powstają na kontach tych, którzy przemierzają wyspę tylko w towarzystwie swojego samochodu. Mnie przyciągnęła tutaj przestrzeń. To, że w każdej chwili mogę znaleźć się pośrodku dzikiej pustki, a tam czeka na mnie jedynie szum wiatru. Dlatego nie wybrałem i nigdy nie wybrałbym życia w rejonie stołecznym. Jakkolwiek trudno tutaj, na Fiordach Zachodnich, realizować swoje marzenie o byciu samotnym pośród tych wspaniałych krajobrazów. Jeśli zrozumieliście, że samotność to dla mnie sposób twórczego przeżywania świata i coś, dzięki czemu postrzeganie Islandii nigdy mi nie spowszednieje, bardzo się cieszę. Jeżeli nadal będziecie mi życzyć znalezienia kogoś, z kim miałbym iść przez życie, którego dalszy scenariusz stworzyłem bardzo konkretnie w korelacji z islandzką naturą, serdecznie się uśmiechnę i powtórzę: nie, dziękuję, chcę tu być sam i będę tu sam.

---

Jeśli podoba Ci się ten blog albo Cię inspiruje i chcesz mnie wesprzeć finansowo na emigracji, zapraszam: Jarosław Czechowicz, nr konta w Alior Banku 65 2490 0005 0000 4000 2364 6501

środa, 14 lutego 2024

Przeżyć na Islandii

 

Krajobraz jest za darmo,

Napisałem już post o islandzkich zarobkach TUTAJ, więc nie będę powtarzał tego, co w nim zawarłem. Mogę jedynie po raz kolejny stwierdzić, że żyć na Islandii w pojedynkę jest niezwykle ciężko. Zwłaszcza gdy ma się takie „ekstrawagancje” jak nałóg palenia papierosów czy konieczność comiesięcznego wykupowania lekarstw na choroby przewlekłe. Dziś chciałem dokonać konkretnego matematycznego rozliczenia, by pokazać wam, jak skomplikowane jest dopięcie finansowe miesiąca, jeżeli jest się w sytuacji takiej jak ja. I choć podkreśliłem to w poście, o którym wspomniałem wyżej, warto nazwać rzecz po imieniu – na islandzkiej prowincji nawet ze znajomością języka nie ma większych możliwości, aby zwiększyć swoje zarobki, bo po prostu miejsca oferujące pracę są mocno ograniczone. Najlepiej byłoby pracować na dwa etaty, czyli poświęcać pracy cały swój czas. Ani w Polsce, ani tym bardziej tutaj nie żyłem, by pracować, lecz generalnie pracuję, aby żyć. Chcę również obalić mit, że z Polski wyjeżdża się i zarabia kokosy w krajach nordyckich.

Jak zatem wygląda matematyka? Uśredniam moje miesięczne islandzkie zarobki, które są bardzo niskie, ale dużo niższe niż na przykład zasiłek dla bezrobotnych, na który można przejść po przepracowanym roku. Jest to zatem około 350 tysięcy islandzkich koron (ISK). W przeliczeniu na złotówki to imponujące 10 tysięcy, czyli jakieś 2-3 tysiące mniej, niż zarabiałem w Polsce przed wyjazdem (zaznaczam w tym miejscu, że za tę kwotę w ojczyźnie generalnie na wszystko było mnie stać i co miesiąc odkładałem). Zacznijmy zatem odejmować. Wynajem domu we Flateyri to wydatek 165 tysięcy ISK miesięcznie. Jest to zdecydowanie tanio, albowiem za tę kwotę w regionie stołecznym bardzo często można wynająć małe mieszkanie, a czasami wręcz pokój w mieszkaniu dzielonym z obcymi ludźmi. 165 tysięcy za właściwie życie w luksusie to nie jest dużo. Bo mieć dom dla siebie to marzenie każdego samotnika i introwertyka. Dlatego ten wydatek nie obciąża mnie jakoś psychicznie, bo rozumiem, za co płacę i jestem wdzięczny losowi za to, że mogę mieszkać w takich, a nie innych warunkach.

islandzkie monety


Jakie dalsze wydatki bolą? Przede wszystkim opłaty za wodę i elektryczność. Na Fiordach Zachodnich nie mamy źródeł geotermalnych i za ciepłą wodę płacimy firmie Orkubu. Miesięcznie przesyłam im prawie 40 tysięcy koron. Mimo tego że sprawdziłem wszystkie grzejniki w domu, dopasowałem regulację grzania do moich potrzeb zimnoluba, włączam mało świateł i zużywam stosunkowo niewiele energii – ten rachunek wciąż jest wysoki i w tym miesiącu na przykład wynosi 37 tysięcy. Jeśli po okresie zimowym nadal będę płacił tak dużo, poproszę o kontrolę Orkubu, bo wydaje mi się, że coś jest nie tak z naliczaniem. Tym niemniej trzeba zapłacić. A to oczywiście nie jest jedyna stała opłata miesięczna. Co miesiąc płacę 20 tysięcy za ubezpieczenie samochodu. Od marca zmieniam firmę ubezpieczeniową, gdyż okazuje się, że za trzy tysiące mniej miesięcznie będę miał nie tylko ubezpieczenie, za które płacę, ale również ubezpieczenie domu i na życie. Wspaniale. Jednakże to wciąż wydatek. Kolejna kwota to 10 tysięcy ISK za abonament telefoniczny. Myślę, że cena całkiem przyzwoita za nielimitowane połączenia, a przede wszystkim internet – bardzo dobrej jakości i dostępny właściwie wszędzie. Do wyżej wymienionych kosztów dochodzą również koszty paliwa. Jeżdżąc codziennie 50 km w dwie strony, ogrzewając auto i nie zapuszczając się w zimie nigdzie dalej, średnio co tydzień muszę tankować za 6 tysięcy ISK. Daje to miesięczny wydatek w postaci 24 tysięcy ISK. Wszystko powyższe to rzeczy konieczne, czas przejść do „fanaberii”.

Fanaberią jest to, że jestem przewlekle chory na dwie choroby. W związku z tym co miesiąc muszę wydawać około 8 tysięcy ISK koron na leki, które zażywam na stałe. Dużo droższą fanaberią jest to, że lubię palić. Na papierosy wydaję średnio 45 tysięcy ISK miesięcznie. Wiem, że to duża kwota i można byłoby to jednak mieć na koncie zamiast puszczać z dymem, ale tymczasowo pozwolę sobie przemilczeć myślenie o tym, żebym rzucił papierosy, bo jest co najmniej kilka powodów, dla których nie chcę tego robić. Dodatkowe koszty to kupowanie gotowego jedzenia, ponieważ nie umiem gotować i nie chce mi się na to tracić czasu. Zwykle jest to dodatkowe 7-9 tysięcy ISK tygodniowo, bo na kupno jedzenia w restauracji tajskiej czy na kupno na przykład pizzy pozwalam sobie może raz w miesiącu. To już chyba wszystkie konieczne wydatki, które – jak przypominam – mam zrealizować z pensji 350 tysięcy ISK.

Przeliczę zatem, jak wygląda budżet miesięczny, nie dodając kwot za gotowe jedzenie, bo tu rzeczywiście mogę się ogarnąć i nauczyć gotować jakieś proste potrawy. Lecimy. 350 000-165 000-40 000-20 000-10 000-24 000-8 000-45 000 = 38 tysięcy ISK. Słownie: trzydzieści osiem tysięcy koron. Dokładnie tyle pozostaje mi na resztę wydatków miesięcznie. Wychodzi konkretnie 1 266 ISK jednego dnia. Dodać można teraz 40 tysięcy ISK, bo takie dofinansowanie do mieszkania jako singiel otrzymuję od państwa. Wychodzi zatem kwota 78 tysięcy ISK. Tak wygląda nieubłagana matematyka. Tak wygląda rzeczywistość w Islandii, gdzie możesz zarabiać niewiele ponad najniższą krajową. W praktyce zarabianie 350 tysięcy ISK (a naprawdę sporo osób tyle zarabia) pozwala na przeżycie miesiąca tylko dzięki codziennym wyrzeczeniom. Przy liczeniu każdej korony. Ważeniu w głowie każdego wydatku – czy mi wolno, czy powinienem. Oczywiście jeśli żyjesz w parze i macie dwie takie pensje na pokrycie niezbędnych comiesięcznych opłat, sytuacja wygląda wtedy zupełnie inaczej, a nawet całkiem przyzwoicie. Ale ja jestem sam. I muszę sobie sam radzić.

Banknot o najwyższym nominale. Za to nie zrobi się nawet porządnych zakupów


Dorabiałem zatem z Polski. Tam są zleceniodawcy, którzy doceniają moje kompetencje, możliwości oraz doświadczenie, więc tylko dzięki temu nie zostałem tutaj na lodzie i głodowej pensji każdego miesiąca. Jednak część zleceń się skończyła. Od stycznia bowiem moją rezydencją podatkową jest Islandia, więc teraz tylko tutaj mogę rozliczać dochody, także zagraniczne. A w związku z tym znacznie zwiększyła się stawka brutto za dotychczasowe prace, na to zaś część zleceniodawców nie może sobie pozwolić. Co zatem dalej? Cóż, podbieram z puli oszczędności na czarną godzinę. Z pieniędzy, które absolutnie nie powinny być ruszane. Jak wszystko będzie wyglądać potem? Nie mam pojęcia. Mam na przetrwanie. Nie mam na żadne przyjemności. Zastanawiam się nad tym, dlaczego niesie się wieść o tym, jak to w Islandii dobrze się zarabia, można nieźle odłożyć i mieć sporo kasy. Jeśli przyjeżdża się tu na jakiś czas, zaciska pasa, a potem zarobione pieniądze zabiera do Polski i przelicza na złotówki – tak, można być królem życia. Tymczasem żyjąc tu na stałe i pozwalając sobie tylko na jedno szaleństwo, jakim jest palenie papierosów, doskonale na co dzień czuje się, co to jest bieda. Wiem, mieszkam w swoim domu i niczego mi nie brakuje. Ale nie mogę również pozwolić sobie na nic więcej poza podstawami, bo zwyczajnie nie mam na to pieniędzy.

Czy taka perspektywa życiowa jest irytująca lub frustrująca? Z pewnością tak, jednak staram się o tym na co dzień nie myśleć. Jestem w ukochanym miejscu i na szczęście obcowanie z tutejszym krajobrazem nic nie kosztuje. Teoretycznie. Myślę oczywiście nad tym, co można zmienić, co mógłbym innego robić, co robić więcej. Chcę uczciwie zapracować na swój byt, ale czasami mam wrażenie, że utknąłem w finansowej matni. Nie da się żyć komfortowo ze świadomością, że nie ma się zapewnionego niezbędnego minimum finansowego. Paradoksem jest to, co zasygnalizowałem gdzieś wyżej – w Polsce za zdecydowanie mniejsze pieniądze mogłem żyć w taki sposób, że nigdy nie myślałem o tym, czy wystarczy mi na wydatki w danym miesiącu. Wiem jednak, że Polska to już dla mnie przeszłość. Islandia oczywiście warta jest każdej ceny, ale nie oznacza to, że mam tu wiecznie żyć na granicy przetrwania.

--

 Jeśli podoba Ci się ten blog albo Cię inspiruje i chcesz mnie wesprzeć finansowo na emigracji, zapraszam: Jarosław Czechowicz, nr konta w Alior Banku 65 2490 0005 0000 4000 2364 6501