![]() |
Czekając na koniec bieli |
Tegoroczny kwiecień na
Fiordach Zachodnich nie rozpieszcza. Mamy połowę miesiąca, a dopiero za kilka
dni w prognozie planowane są wreszcie temperatury dodatnie i opady deszczu, a
nie śniegu. Pod koniec marca nierozważnie zasugerowałem tutaj mojej znajomej,
że to już końcówka męczącego mnie jeżdżenia samochodem w zimie. Okazało się, iż
jeszcze dużo tej zimy – z zaryciem w głębokim śniegu na poboczu włącznie, co
zakończyło się wyciąganiem mojej Marilyn przez przejeżdżającego obok ziomka za
pomocą liny, którą na szczęście wraz z łopatą zawsze wożę w bagażniku.
Ubiegłoroczny kwiecień był zupełnie inny. Przed rokiem o tej porze śnieg leżał
jedynie w wyższych partiach gór. Dziś nadal wszędzie go pełno i nie ma jak
stopnieć, bo lekki mróz wciąż trzyma. W związku z tym moja pierwsza zima jako
kierowcy znacznie się przedłuża. I żal mi jedynie, że z tego powodu lata będzie
mniej. Że wciąż są zamknięte szutrówki, którymi tak uwielbiam jeździć, a na
które prawdopodobnie nie wjadę jeszcze w tym miesiącu. Najbardziej jednak
dotyka ta monotonia codzienności. Nie w sensie pejzażu tak w ogóle, bo każdy
słoneczny dzień to u mnie kolejne kilkanaście nowych zdjęć w telefonie, ale
bardziej w znaczeniu tej wszechobecnej bieli, która zaczyna trochę dobijać.
Plus słońce tak jak przed rokiem. Widno jest już od wczesnych godzin rannych do
22:00, a wszystko dopiero się rozkręca. Trudny czas dla mnie. O innym stopniu
trudności niż długa zima, bo tym razem z aurą będzie walczyć mój organizm
nieznoszący słońca, a nie mój samochód, który mi tak dzielnie służył podczas
tej przedłużającej się zimy.
Nowym wyzwaniem cieplejszej
pory będzie pierwsze zlecenie turystyczne. Przypływa do nas sporo statków, a
część pasażerów wybiera się na zorganizowane wycieczki autokarowe po okolicy.
Będę mieć przyjemność prowadzić taką grupę po raz pierwszy. Mam nadzieję, że
zleceniodawca oraz ci ludzie będą zadowoleni i uda mi się działać tak częściej.
Bo przecież nie ma nic piękniejszego niż zarobić pieniądze na czymś, co jest
lekkie, przyjemne i całkowicie powiązane z pasją, więc to nie jest w zasadzie
żadna praca. Sam nie mogę wozić komercyjnie turystów po Fiordach Zachodnich
moją Marilyn, bo do tego jest potrzebna specjalna licencja. Nie mam też
uprawnień przewodnika, choć jestem w stanie pokazać w regionie prawie wszystko
i trochę o tym opowiedzieć. Może więc w przyszłości zarobkowanie w branży
turystycznej będzie możliwe, jeśli ktoś mi po prostu zleci taką usługę, gdzie
nie jestem za kierownicą, lecz prowadzę grupę i opowiadam. Nie wiem, czy
wystarczy mi na to życia, ale idealnie byłoby na przykład otworzyć działalność
gospodarczą, biuro podróży specjalizujące się w pokazywaniu tylko islandzkich
Fiordów Zachodnich. Nie wiem też, czy jestem na tyle przedsiębiorczy, by taki
projekt zrealizować, i czy nie pożre mnie żywcem konkurencja, ale byłoby to dla
mnie coś naprawdę wspaniałego. Bo póki co niebawem będę rozglądał się za nową
pracą na stałe, gdyż za obecną pensję po prostu nie jestem w stanie żyć.
Wczoraj pomyślałem sobie, że
bardzo chciałbym tu też komuś pomagać, więc wysłałem zgłoszenie do ośrodka, w
którym opiekuje się ludźmi samotnymi i poszukują tam pracowników. Nie jestem
pewien, czy uda mi się zdobyć taką pracę, zwłaszcza po godzinach, jednak może tak
się stanie, kto wie. Mam wrażenie, że ludzie tutaj bywają na tyle zamknięci w
sobie, że nie są w stanie dać do zrozumienia, jakie są ich prawdziwe potrzeby,
czego by oczekiwali od innych ludzi, a przede wszystkim, czy i w jakim zakresie
potrzebują pomocy. Włącza się mój syndrom Dorosłego Dziecka Alkoholika, jednak
nic na to nie poradzę. Poza tym uważam, że życie na islandzkich Fiordach
Zachodnich uczy, by pomagać zawsze, instynktownie i bezinteresownie. Zawsze
zwalniam, gdy widzę stojący na poboczu samochód, zwłaszcza na światłach
awaryjnych. To niesamowite, że wjeżdżając w mijankę w tunelu jednokierunkowym,
by sprawdzić z tyłu, czy zabrało się ze sklepu portfel, widzi się dwa
zatrzymujące się auta, których kierowcy dają do zrozumienia, że są gotowi pomóc,
bo przecież kto stoi bez sensu w tej mijance. Albo tak jak z tym, o czym
wspomniałem wyżej – podjeżdża Islandczyk, praktycznie bez słowa zajmujemy się
umocowaniem liny, wyciąga mnie ze śniegu, ja dziękuję, on jedzie dalej. Tak po
prostu.
Tymczasem czekam na islandzkie
lato, które planowo rozpoczyna się 25 kwietnia (to wtedy dzień wolny) oraz
jakąś odmianę losu. I pomaluję sobie łazienkę na czarno-czerwono. I zamierzam
traktować siebie trochę lepiej niż dotychczas, gdy niektórzy ludzie wciąż są
wobec mnie tacy, jacy byli mimo życzliwości z mojej strony. Pewnie będzie to
też jedyny kwietniowy wpis, ale nie mam większej potrzeby pisania w tym czasie,
natomiast nie chcę, by blog zarósł wirtualnym kurzem.
---
Jeśli podoba Ci się ten blog albo Cię inspiruje i chcesz mnie wesprzeć finansowo na emigracji, zapraszam: Jarosław Czechowicz, nr konta w Alior Banku 65 2490 0005 0000 4000 2364 6501