piątek, 24 marca 2017

Książki i znajomości

Nie ma to jak zawrzeć nową, interesującą znajomość! Po mojej recenzji książki Agnieszki Rezler "Lawa, owce i lodowce", którą możecie przeczytać TUTAJ, odezwała się do mnie autorka i okazuje się, że mamy naprawdę sporo wspólnego, a poza wszystkim - miłość do Islandii. Tak sobie myślę, że nie poznałem jeszcze nikogo, kto czułby sentyment do wyspy i byłby człowiekiem, z którym nie znajduję jakiejś głębszej nici porozumienia. Nie chodzi mi o to, że oboje wzdychamy do tego samego, ale pewne pokrewieństwo mentalności, rodzaju wrażliwości... coś skrytego gdzieś poza definicją wielbiciela Islandii, bo pod tę metkę można naprawdę dużo schować. Miałbym ochotę to zdefiniować, ale chyba muszę poznać jeszcze więcej pasjonatów wyspy, przede wszystkim się z nimi spotkać i rozmawiać - wówczas może dojdę do tego, co chciałbym dziś napisać, a nie jestem w stanie.

Tak czy owak gadamy sobie z Agnieszką o wyspie i całej reszcie, komentując też zbliżające się nowości wydawnicze dotyczące frapującego nas tematu. Oboje z niecierpliwością czekamy na "Szepty kamieni" - to może być coś naprawdę wyjątkowego i wydobywającego się z Islandii na niego innych zasadach niż relacje podróżnicze czy przewodniki. Będzie ciekawie! Przy okazji zorientowałem się, że Wielka Litera na moje urodziny przygotowała prezent - kolejną książkę  z wyspy, enigmatyczne "Miasteczko w Islandii", które nie ma jeszcze okładki. W maju ujrzy światło dzienne książka "Rekin i baran", której będę patronował medialnie, ale o niej napiszę w odpowiednim czasie. Na razie też zapowiadam. Mnóstwo do poczytania o wyspie tej wiosny, prawda?

Zaczyna się chyba jakaś moda na Islandię. A może to efekt działalności takich wariatów jak ja czy Agnieszka, ludzi starających się zarazić pasją do tego miejsca? Na przykład mój kolega z pracy wybiera się na wyspę w lipcu. Też powtórzyłbym zeszłoroczne wakacje, ale tym razem kieruję się do Szwecji. Po zimowych odwiedzinach Finlandii zaplanowałem zobaczenie każdego skandynawskiego kraju i udowodnienie sobie, że Islandia nie ma równych. Bo nie ma, choć fińskie Porvoo mocno zapadło mi w pamięć. Skuta lodem rzeka z przeręblami, w które wpatrywali się poczciwi lokalsi - to zostaje w sercu. Nie tylko to - Finlandia jest naprawdę bardzo ładna.

Jutro zmiana czasu na letni. Będzie dłużej widno, więcej światła, coraz cieplej i to wszystko, co wywołuje u mnie wiosenną depresję. Najważniejsze jednak, że to już tylko miesiąc do wylotu na wyspę. Tego się trzymam.
Wierny Islandii w pięknym Porvoo, Finlandia

niedziela, 19 marca 2017

Reaktywacja!

Moje królestwo!
Pojawił się impuls do ponownego pisania. W krótkim czasie fp bloga na Facebooku polubiło drugie tyle odbiorców. Zakładam, że jest to "sprawka" Bite of Iceland oraz Marty i Adama, autorów strony, którzy niebawem zadebiutują także jako pisarze na polskim rynku wydawniczym z książką "Rekin i Baran" - będę jej patronował medialnie. Pośród polubień znalazły się także te od użytkowników spoza Polski. Nie mam kompetencji, by pisać swoje notki także po angielsku, więc bardzo mi przykro, że część odbiorców będzie wykluczona z tego, o czym opowiadam. Mam jednak nadzieję, że moje pisanie o Islandii znajdzie nowych czytelników. Także takich, z którymi będę mógł porównać perspektywę patrzenia na wyspę.

Za niecałe pięć tygodni znowu ją odwiedzę. Ponoć to szaleństwo lecieć na Islandię na długi weekend i moja dobra przyjaciółka stwierdziła, że tego nie rozumie. Wylot z Katowic 28 kwietnia to efekt spontanicznej decyzji, jaką podjąłem późnym latem, gdy okazało się, że z moich okolic będzie można wydostać się na wyspę. Najlepiej byłoby latać z samego Krakowa, ale to na razie marzenia - myślę, że nie tylko moje. Tak czy owak mam w planie trzy islandzkie dni i zastanawiam się, czy jakiekolwiek ustalenia dotyczące tego czasu warto robić już teraz, nie znając prognozy pogody. Obserwowałem tegoroczną islandzką zimę i właściwie to jej nie było. Przynajmniej nie w takim wymiarze, w jakim panoszyła się na wyspie od zawsze. Zastanawiam się zatem, jaki będzie kwiecień, a właściwie jego końcówka. Pewnie, że liczę na zimę, której wciąż mi mało, i która w Polsce bezpowrotnie już odeszła. Nie chciałbym jednak zasypanych śniegiem dróg, bo zależy mi na tym, żeby się poruszać, a nie tkwić w Reykjaviku, który już latem ubiegłego roku dość dobrze zbadałem. Musi być aktywnie, bo jest krótko i nie wiem, kiedy będzie następny raz!

Pierwszy z planów jest najbardziej ambitny. Chodzi o dostanie się na Látrabjarg, gdzie mnie jeszcze nie było.
Latrabjarg
Najdalej na zachód wysunięty punkt Islandii może być jednak trudny do zdobycia o tej porze roku. Jeśli z powodu śniegu zamknięta będzie szutrówka, zawsze warto pojechać do Patreksfjordur, by poczuć choć przez chwilę klimat moich ukochanych Fiordów Zachodnich. Cała wyprawa to jednak logistyczne wyzwanie, jeśli będzie się jechało ze stolicy bez samochodu 4x4, i należy jeszcze do tej stolicy wrócić. Jeśli aura pozwoli, część trasy przepłyniemy promem ze Stykkisholmur. Jeżeli Islandia będzie łaskawa. Kolejny plan jest bardziej prawdopodobny do zrealizowania. Chciałbym ponownie pojechać na południe i przejść się te kilka kilometrów do wraku Dakoty, którego nie widziałem, gdy spieszyliśmy się na oglądanie Jökulsárlón i ograniczał nas czas.
Wrak Dakoty
Poza wrakiem - powrót nad czarną plażę, jakieś spokojne snucie się w okolicach krajowej jedynki albo bardziej ambitnie - podjechanie pod Svartifoss, którego też nie widziałem latem. Park Narodowy Skaftafell to też piękne miejsce ominięte przez nas latem. No, ale w zamian wdychaliśmy z zachwytu na Vestmannaeyjar, który to archipelag wielu turystów omija. Ostatni z planów wydaje się pewny do wykonania. Chodzi o zwiedzenie Hveravellir, być może też wykąpanie się w gorących źródłach - do tej pory skutecznie ich unikałem tak jak jedzenia rzekomo islandzkich specjałów, których nie spożywają sami Islandczycy. Dwa pełne dni i kawałek trzeciego to naprawdę niewiele, ale liczę na to, że Patrycja i Adam dadzą się wyciągnąć w plener. Może też nakręcimy drugi taneczny klip, kto wie.
Hveravellir


Odliczając dni do wyjazdu, zaczynam czytać książki o Islandii. Mam przed sobą pierwszą z nich, w kwietniu wyjdzie kolejna i w maju wspomniana już przeze mnie na wstępie. Myślę, że to będą trzy zupełnie różne publikacje o wyspie. Na pewno będę o nich pisał. Tymczasem zasuwam nieco rolety, bo słońce, którego nie znoszę, kolejny dzień z rzędu panoszy mi się po mieszkaniu. Oby do kwietnia!

czwartek, 22 września 2016

Niedosyt

Od pewnego czasu spory szum medialny robi najnowsza narracja Huberta Klimki-Dobrzanieckiego "Zostawić Islandię". Na jej temat wypowiedziałem się w recenzji, którą można przeczytać TUTAJ, więc nie będę się powtarzał. Dodam jedynie, że zupełnie to do mnie nie przemówiło. A autor jest przecież utożsamiany z Islandią na geograficzno-literackiej mapie rozmyślań najnowszej książki samego Przemysława Czaplińskiego (który to jedynie w przypisie zaznacza, że analiza literatury kształtującej świadomość Północy obejdzie się jednak bez Islandii). Klimko-Dobrzaniecki to świetny gawędziarz i potrafi doskonale pisać. Tym bardziej mi żal, że nie opowiedział Islandii. Brakuje mi książek o wyspie. Właśnie opowiadających ją. Z empatią i wrażliwością, wyczuleniem na szczegóły. Z tego, co się orientuję, do publikacji książki o Islandii przymierza się Kuba Witek, który swego czasu przemierzył kraj na rowerze i na pewno poczuł - dosłownie i w przenośni - tę różnorodność, która czasem uwiera, a czasem po prostu czaruje. Nie wiem, czy to będzie dobre literacko, ale na pewno wartościowe. Brakuje mi literackiego ujęcia Islandii jako miejsca, w którym człowiek naprawdę coś przeżywa. Brakuje mi też reportaży o tym kraju, które na polskim rynku wydawniczym powinny się przecież pojawić, skoro wyspę zamieszkuje wielu zarobkujących tam Polaków. Wiem o kimś, kto książkę o Islandii ma chyba gotową, ale nie mogę się chwalić tą wieścią publicznie. Czekam na opowiadacza, który uwzględni specyfikę Islandii, wspomnianą jej różnorodność i fakt, że tworzy specyficzny mikroświat. Jest daleka od wszystkiego, do czego można byłoby ją porównać. Przyznam, że leciałem na wyspę z zamiarem napisania o niej czegoś więcej niż notki tutaj. Zebrałem za mało materiału, a gdybym miał pisać własną książkę, wystrzegałbym się jak ognia, żeby była to publikacja o mnie zamiast o wyspie. Nie wiem, czy sam dam radę i kiedykolwiek zrealizuję mój zamiar, ale póki co czekam - na autentyczną, przejmującą, pięknie subiektywną i wartościową literacko narrację o Islandii. A Wy, chcielibyście taką przeczytać?

piątek, 9 września 2016

Powrót

Każdy, kto był na Islandii i się w niej zakochał, wie doskonale, że tam się po prostu wraca. Nie ma innej możliwości. Nawet jak się zobaczy wszystko i zjedzie wyspę dookoła, i tak chce się tego wszystkiego zasmakować znowu, i znowu. A ja wrócę pod koniec kwietnia przyszłego roku. Niedawno Wizzair ogłosił, że startuje z lotami do Keflaviku z Katowic. Nie namyślałem się długo i zabukowałem bilet. Potrzebny mi taki azymut. Świadomość, że co by się nie działo na co dzień i jakkolwiek nie byłoby ciężko, Islandia czeka i niebawem wrócę. To jeszcze nadal będzie lot w dwie strony, ale rodzi się ta przyjemna pewność czegoś wspaniałego, co wkrótce znowu zobaczę. Od razu mi lepiej z ponurą polskością wokół. Właściwie to nie powinienem narzekać, bo nowy rok pracy zapowiada się dobrze, wszystko idzie po mojej myśli i jestem po prostu zadowolony. Coraz trudniej jednak ze świadomością odejścia mamy, ten fakt dopiero teraz powraca ze zdwojoną siłą i rodzą się różne nieprzyjemne odczucia. Jej brak jest odczuwalny na równi z brakiem Islandii. Tylko ten drugi mogę sobie zrekompensować. Tak więc bilety już są, ale planów na razie nie snuję. To raptem kilka dni, pewnie będzie jeszcze zima, nie tak wiele możliwości jak w lipcu, ale co tam - ten zaplanowany lot to taki punkt odniesienia i jak mi się zrobi źle z nadmiaru negatywnych bodźców w szarej rzeczywistości, to sobie wejdę na stronę Wizzaira i przypomnę, co jest najważniejsze. Oby do 28 kwietnia!

piątek, 2 września 2016

Filmowe wspomnienie

video
Dość długo się wahałem, czy upubliczniać ten film. Obejrzeli go moi znajomi na Facebooku, a teraz będzie mógł zobaczyć właściwie każdy. Wydaje mi się jednak, że radością trzeba się dzielić. Zwłaszcza teraz, gdy poislandzka tęsknota blisko miesiąc od powrotu naprawdę zaczyna doskwierać. A to jest najpiękniejsza pamiątka z tego pobytu. Daleko nam do oryginału, który kiedyś tutaj prezentowałem, jednak staraliśmy się. Miłego odbioru!

środa, 17 sierpnia 2016

Przynależność

Zgasłem ostatnio trochę. Wtapiam się w polskie realia, muszę je z powrotem zaakceptować i się w nich odnaleźć. A miałem pisać o przynależności. O takim momencie, gdy widzisz tabliczkę z nazwą miejscowości - jak ta na zdjęciu - i wiesz, że to jest twój dom. Że nagle wszystko jest w najlepszym porządku, rzeczywistość się nie fragmentaryzuje, wszystkie klocki są na właściwym miejscu, a ty... jesteś u siebie. Tak to było z Ísafjörður, już ponad dwa tygodnie temu. Siedzi to we mnie bardzo mocno, bo po raz pierwszy poczułem takie wewnętrzne i silne poczucie przynależności. Od początku studiów przenosiłem się w Krakowie wielokrotnie. Zależało mi na tym, żeby mieć te własne i wyjątkowe cztery kąty, w związku z tym sześć lat temu wpakowałem się w kredyt "że cię nie opuszczę aż do śmierci" zwany potocznie hipoteką i przez jakiś czas myślałem, że jestem u siebie. Wreszcie. Ale to jednak było złudzenie. Bo 30 lipca poczułem coś, czego nie odczuwałem ani razu - nawet wówczas, gdy rozglądałem się z dumą po tych moich czterech ścianach i planowałem, gdzie wbiję gwoździa, gdzie postawię nowy mebel. Przynależność to jednak coś w sercu, coś mocno egzystencjalnego - nie określone M w określonej cenie, nie wreszcie własny adres w dowodzie osobistym, który tak długo celebrowałem. Bo przecież bycie w Ísafjörður wcale nie musi być związane z własnym mieszkaniem. Wiem, że to wszystko na Islandii kosztuje, że trudno mieć swoje, wynajem jest korzystniejszy i chyba częściej praktykowany. A jednak ktoś, kogo spotkałem na lotnisku w Ísafjörður, potrafił wybudować sobie własny dom w okolicznym Bolungarviku, pożegnać się mentalnie z Polską i zrosnąć z Islandią, nawet nie znając dobrze jej języka. Bardzo żałuję, że mojemu przypadkowemu rozmówcy z lotniska nie zostawiłem choćby maila do siebie.
widok z lotniska
Mówił o potrzebie kogoś, kto tam na miejscu uczyłby polskie dzieci ojczystego języka. To, iż przeczyta dzisiejszy post, jest mało prawdopodobne. Żałuję też, że nie wykorzystałem danych mi dodatkowych dwóch godzin na wpatrywanie się w widoki z lotniska i dałem się wkręcić złości na to, iż samolot się spóźnia. Nie pożegnałem się z Ísafjörður tak, jak należało to zrobić. Byłem niespokojny, coś tam mi się w głowie posypało, nie wyłączyłem tego ustawicznego planowania i oczekiwań, by świat dopasowywał się do mnie co do godziny, jaką ustalę. Ale tam jest moje miejsce. Tak to odbieram - wszystkimi możliwymi zmysłami. Do dziś czuję ten dreszcz na ciele, kiedy mijałem żółtą tabliczkę, szedłem dalej i wiedziałem, że to tu. Właśnie tu i nigdzie indziej.

sobota, 6 sierpnia 2016

Polacy na wyspie

Dziś pierwszy dzień od ponad dwóch tygodni, który spędzam sam. Ze swoimi myślami i przede wszystkim ze snem, bo odsypiam napięcie i emocje minionego czasu. Pierwsza książka od ponad dwóch tygodni. Nie wchodzi zbyt szybko, odzwyczaiłem się od czytania. Tak samo jak od ciemnych nocy. Gdy wylądowałem w środę w Warszawie, nie mogłem się napatrzeć na to ciemno wokół. Udało mi się dwa dni spędzić u koleżanki niedaleko stolicy i to był taki przyjemny czas przestawiania się na inne funkcjonowanie. Kraków i Wieliczka powitały mnie wczoraj upałem. Takim trochę drwiącym. Masz z powrotem to, od czego uciekałeś. Poza tym wciąż tkwię w stanie takiego dziwnego zawieszenia. Kadry islandzkie wyostrzają się w pamięci, wracają tej fragmenty rozmów, nad którymi się nie zastanawiałem. Choćby te dotyczące sytuacji Polaków na Islandii. Każdy Islandczyk (trzy osoby) reagował z polityczną poprawnością na wieść, że jestem z Polski i ze zdziwieniem, iż jednak nie pracuję, lecz zwiedzam. O samych Polakach było krótko. "Very nice people" i sztywny uśmiech. Na każdej islandzkiej twarzy. Wspominałem już o tym, że wielojęzyczne foldery reklamowe nie obejmują na wyspie języka polskiego.
Słyszałem, że Islandczycy są przeciwni temu, by pojawiały się etaty dla nauczycieli języka polskiego w islandzkich szkołach. Polacy traktowani są przede wszystkim jako tania siła robocza, wobec której jest ten chłodny dystans i przekonanie, że to jednak inni ludzie. Społeczność islandzka od wieków jest homogeniczna. Na pewno trudno się wkraść w jej łaski. Czasem się to w ogóle nie udaje. Przykra była rozmowa, którą przeprowadziłem ze współpasażerem podczas lotu do Warszawy. Z całą stanowczością stwierdził, że Islandczycy potrafią być rasistami. Wspomniał sytuację, w której był świadkiem naigrawania się w zakładzie pracy z Polaków. Robili to Islandczycy we własnym języku przekonani, że nie zostaną zrozumieni. Paskudne epitety za plecami pracujących. Mój rozmówca zareagował i powiedział, że nie życzy sobie takiego traktowania. Od dziesięciu lat wspiera PKB tego kraju, wciąż czując się w nim kimś gorszym. Właśnie z powodu takich sytuacji mimo wszystko rozważa powrót do kraju. Ta polska gorycz jest chyba obecna gdzieś na co dzień. Trudno jest mi określić, dlaczego Islandczycy trzymają dystans tak długo. Może robią to względem każdej obcej nacji. Jednak prawdą jest, że mówią o Polakach z uśmiechem, używają wyświechtanej formułki, a za plecami potrafią wyrazić swą opinię w sposób dosadny i przykry. Wszystko, o czym piszę, to relacje międzyludzkie. Nie myślę o wyjeździe na Islandię, by je specjalnie jakoś budować.
Chodzi mi o konkretne miejsce, konkretną przynależność. Pewnie będę tam jednym z tych obcych. Tych, którzy respektują prawa i dostosowują się do warunków życia, a jednocześnie są w islandzkich domach krytykowani. Myślę, że to jest bardzo skomplikowany problem - nie mogę wyciągać wniosków po wysłuchaniu kilku relacji. Nie wiem, na ile szczerzy byli moi rozmówcy, nie rozmawiałem też tak naprawdę z Islandczykami. Mimo wszystko przez dwa tygodnie czułem się dość specyficznie jako turysta z Polski. A dziś myślę o tym, że tak naprawdę ludzka przyzwoitość, otwartość i tolerancja nie zależą od kraju pochodzenia. Albo się jest po prostu dobrym człowiekiem, albo się nim nie jest.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Dzień 13 - 2 sierpnia

Od rana czułem już to nieznośne napięcie i świadomość końca. Chyba nie umiem cieszyć się chwilą, bo już dzień wcześniej odczuwałem ten przygnębiający nastrój pożegnania. Spałem dość długo. Zorientowałem się, że w okolicy jest Muzeum Sagi, więc postanowiłem je zobaczyć. Straszne i piękne miejsce. Bezkompromisowość i okrucieństwo początków ludzi na wyspie. Szesnaście zakątków z realistycznie przedstawionymi scenami. Pierwsi ludzie na Islandii. Pierwsza adaptacja do nowych warunków przywiezionych tu ptaków. Początki stanowienia prawa. Okrutne zabójstwa. Palenie na stosie. Wystawa obejmuje czas do późnego średniowiecza. Zwiedza się ze słuchawkami, przewodnik w bardzo wielu językach, ale oczywiście nie w polskim.
Potem kolejne testowanie zestawu fish & chips w porcie. Obsługuje - co za niespodzianka! - chłopak z Polski. Średnio to było dobre, ale nadgoniłem gratisowymi sałatkami - spory zestaw do wyboru. Niespieszny spacer po okolicy, trochę fotek w porcie. Na popołudnie został Hallgrímskirkja, chyba najbardziej charakterystyczny punkt stolicy. Tam umówiłem się z Patrycją i Adamem, żeby dokręcić ostatnie kadry islandzkiego filmu, a potem poszliśmy na pożegnalne piwo. Tymczasem sam kościół spory, ascetyczny, taka potęga i skromność jednocześnie. Za niewielką opłatą można wjechać windą siedem pięter na wieżę widokową. Stamtąd rzeczywiście lepsza perspektywa niż z Perlana. Ostatnie spojrzenie na Reykjavik z góry. Sporo kolorów. Takie barwne domy zapewne pomagają przetrwać długą i szarą zimę. Jednocześnie bardzo podobały mi się stonowane stalowe kolory nowoczesnych budynków tuż przy porcie. Reykjavik nie ma jakiegoś jednorodnego, charakterystycznego stylu. Wszystkiego po trochu, w odpowiednich proporcjach. Hallgrímskirkja to też taki punkt orientacyjny górujący nad miastem.
Na wypadek, gdyby ktoś się tu zgubił, co wydaje mi się niemożliwe. Po spotkaniu z moimi islandzkimi gospodarzami pozostało już tylko pakowanie. Nieprawdopodobnie szybko minęły te dwa tygodnie. Zdecydowanie za szybko. Wciąż mam wrażenie, że zobaczyłem być może za dużo, ten przesyt był trochę rozsadzający, czasami przeszkadzał. Jednocześnie wiem, iż cały czas, od samego początku miałem apetyt na jak najwięcej. Miało być intensywnie i tak było. Reykjavik stał się akurat takim punktem, gdzie mogłem łapać oddech, żeby nie dostać zadyszki. Myślę też, że zupełnie inna Islandia jest poza miastem, a inna w aglomeracji. Tutaj o niezwykłości natury wyspy przypomina tylko nieodległa Esja i ocean. Stąd też moje wewnętrzne przekonanie o tym, że jeśli się tu przeniosę, wybiorę odludne miejsce. Z innym, lepszym rytmem.


środa, 3 sierpnia 2016

Dzień 12 - 1 sierpnia

Poniedziałek był dniem, kiedy przez większość czasu mogłem zbijać bąki. Po prostu się wyspać. Poradzić nowym lokatorom domku, co mają zrobić z jedzeniem albo walizkami przed czasem wprowadzenia się. Sam z Patrycją szukałem klucza, by wejść po raz pierwszy i chwilę nam to zajęło. Domek znowu tętni życiem, wszystkie pokoje zajęte. Szkoda tylko, że mamy jeden kibelek na wszystkie osiem pokoi, to nam wszystkim nieco doskwiera. Poznałem turystów z Grecji, Kolumbii, Australii. Głównie pary. Grecy w swojej podróży poślubnej. Szaleńcy zdegustowani ich własnym gorącem i pragnący ochłody w samym środku lata. Ludzie przyjeżdżają, wyjeżdżają, zostają na dzień lub dwa, a ja zaczynam tu powoli robić za gospodarza, który wszystko tłumaczy. Oswoiłem już to miejsce na tyle, że czuję się jak w domu. Naprawdę wszędzie blisko. Może do Bonusa kawałek. Miałem zrobić zakupy w tym tanim sklepie, ale pocałowałem klamkę, bo dzisiaj jakieś święto handlowe i wiele miejsc nieczynne. Pogoda się zdecydowanie popsuła. Patrycja odebrała mnie po południu. Pojechaliśmy na małą wycieczkę do Krísuvíku, jakieś 40 km od stolicy. Celem były okolice wygasłego od 1340 roku wulkanu, których charakterystyczną cechą jest niezwykła kolorystyka tworzona przez jamy z wrzącą wodą.
Wiedziałem, że to moja ostatnia podróż plenerowa po wyspie, więc tym zachłanniej robiłem zdjęcia, rozglądałem się wokół, starałem zapamiętać szczegóły. Miotałem się między wewnętrzną rozpaczą a zdroworozsądkowym myśleniem o tym, że tu wrócę. To takie miejsce, do którego się wraca - nawet jeśli nie myśli się o tym, by zamieszkać tu na stałe. Islandzka przyroda jest sama w sobie różnorodna, ale bywa przecież, że wystarczy inny kąt padania światła, aby oglądane już miejsce wyglądało zupełnie inaczej. Nie wiem, czy mam jakieś zdolności wpływania na tutejszą aurę, ale w okolicy Krísuvíku od razu się wypogodziło. Nakręciliśmy tam pierwszą scenę do filmu z tańcami na tle islandzkiej przyrody. Niebawem będzie gotowy. Sporo świetnych ujęć i dużo zabawy. Zobaczycie za jakiś czas. Tymczasem po obejrzeniu  dymiących pól postanowiliśmy zajrzeć jeszcze do tutejszego kościółka, który Hubert Klimko-Dobrzaniecki opisuje w planowanej na wrzesień książce "Zostawić Islandię". Po kościele nie ma śladu. Kupa kamieni i kilka grobów. Absolutna cisza. Okoliczne wzgórza mieniące się kolorami.
Mijają dwa tygodnie, a ja wciąż nie mogę się na to całe piękno napatrzeć. Nie wiem, czy to kwestia wrażliwości, estetyki czy zwyczajnego zakochania w tym miejscu, o którym nie śmiem na razie wypowiedzieć się krytycznie. Krísuvík to miejsce na popołudniową wycieczkę ze stolicy. Coś tam po drodze ominęliśmy, jakąś latarnię i mostek. Nic to. Ja tu z pewnością wrócę. Zrobię prawo jazdy i zbadam każdy kawałek terenu. Dzisiejsza wyprawa była takim pożegnaniem z wyspą, bo jutrzejszy dzień to już tylko łażenie po Reykjaviku. I myślenie o locie w środę, który już dziś spędza mi sen z powiek.




wtorek, 2 sierpnia 2016

Dzień 11 - 31 lipca

Niedzielę przeznaczyłem na Golden Circle - turystyczną trasę numer jeden, którą zaliczają wszyscy turyści na Islandii. Dzisiejszym przewodnikiem była Agnieszka. Czytelniczka "Krytycznym okiem" na wyspie, która do tej pory bardzo mi pomagała, udzielając praktycznych wskazówek na miejscu. Przyszedł czas na spotkanie. Agnieszka zapewne dziesiątki razy objechała już tę trasę, ale z anielską cierpliwością przewiozła mnie po niej, pokazując dodatkowo niezwykle urokliwą trasę powrotną. Najpierw Kerið, czyli jezioro wulkaniczne powstałe tysiące lat temu - bardzo charakterystyczne, niewątpliwie urokliwe. Tymczasem wstęp płatny - 400 koron. Na tej trasie Islandczycy postanowili jednak zarabiać. O ile rozumiem tę opłatę, o tyle kompletnie nie do pojęcia jest dla mnie fakt, że przy wodospadzie Gullfoss toaleta jest płatna, a przy tym potwornie brudna, bez papieru, bez ręczników. Rozumiem, że chce się zarobić na podstawowych ludzkich potrzebach, ale wymagałbym elementarnego dbania o takie miejsce. Nic to, najważniejsze było zwiedzanie. Wodospad Gullfoss jest bardzo malowniczy.
Wpada w wąski kanion, łamie się w kilku miejscach. Mocno świeciło słońce, w związku z tym widoki dodatkowo ozdabiały tęcze powstające wielokrotnie i w różnym natężeniu. Tłumy prawie jak nad Morskim Okiem. Hipokryzją jest narzekanie na coś takiego, gdy samemu się ten tłum tworzy, ale takiej ilości ludzi jednak się nie spodziewałem. Kolejny przystanek - słynne islandzkie gejzery. Strokkur nie eksplodował jakoś spektakularnie. Przynajmniej w czasie, kiedy czekałem cierpliwie na erupcję z włączonym aparatem. Grzmotnął porządnie dopiero wówczas, gdy oddaliłem się w inne miejsce. Zgromadzeni wokół niego turyści utonęli w mgle gorącej pary. Spektakularnej foty zatem nie ma, ale samo obcowanie z ziemią, w której gotuje się woda, było niepowtarzalnym przeżyciem. Tym bardziej, że to nie jeden gejzer, lecz wiele obok siebieW dalszej drodze mała przygoda z koniami i sesja zdjęciowa. Wciąż je tu widzę, wszystkie swobodnie biegają, są bardzo poczciwe, z ufnością podchodzą do ludzi. Owce i barany zmykają, nie chcą być fotografowane.
Tymczasem w nieodległym Þingvellir czekał mnie kilometrowy spacer w szczelinie między dwiema płytami tektonicznymi. Widoki wspaniałe. Na koniec wspomniana już bonusowa trasa z jeszcze bardziej niezwykłą panoramą. Agnieszka zna już właściwie każdy kąt wyspy poza interiorem, więc dzięki niej wydobyłem z tej popularnej trasy turystycznej dużo więcej niż gdybym skorzystał z licznie tu organizowanych wycieczek. Czas minął bardzo przyjemnie. Poznałem kolejną polską perspektywę na Islandię. Zgodnie z Agnieszką stwierdziliśmy, że piszący o niej Hubert Klimko-Dobrzaniecki nie poczuł tak naprawdę, czym jest islandzkość. Albo po prostu jest zbyt cyniczny w opisie codzienności wyspy. Agnieszka, podobnie jak moi poprzedni gospodarze/przewodnicy, mieszka tutaj wystarczająco wiele lat, by świadomie twierdzić, że nie ma wspanialszego miejsca do życia. I nie mówi mi tego tutaj jedna osoba.
Są ludzie autentycznie zakochani w Islandii i szczęśliwi, że taki cel emigracji wybrali. Mówią o tym nie z mojej perspektywy, letniego turysty z cieplarnianych warunków, ale ogólnie - przeżyli tu niejedną ciemną i długą zimę. Golden Circle to była taka trasa trochę wbrew sobie, ale nie żałuję, że ją przejechałem, oglądając nieco komercyjne piękno Islandii i obserwując dość dyletanckie próby Islandczyków zarabiania na tym miejscu. Polacy już by zadbali o to, żeby wycisnąć kasę z każdego tutejszego zakątka. Piękna niedziela z mieszaną już pogodą. Gorąca aura zdaje się odchodzić w przeszłość. Na jutro pozostaje Krysuvik i świadomość, że powoli trzeba się będzie żegnać z wyspą.

Z moją dzisiejszą przewodniczką
Moja wyspa!