![]() |
Zasłużyłem na dobre życie |
Czas
na sierpniowy post. Prawdopodobnie również będzie jeden jak w lipcu, jednakże w
lipcu nie sądziłem, że będę mógł napisać o tylu dobrych rzeczach. Bo okazuje
się, że po osiemnastu miesiącach różnego rodzaju przeżyć, pośród których
dominowały te trudne, udało mi się wreszcie ułożyć sobie tu życie po swojemu.
Skromnie, przewidywalnie, ale dokładnie tak, jak miałem kiedyś w zamiarze. Z
dystansem do wszystkiego i samego siebie. Bo wszystko może w życiu denerwować
lub męczyć, lecz najważniejsze, by umieć się uśmiechnąć do swojego odbicia w
lustrze każdego rana. Ja tak mam. I jestem wdzięczny za każdy przeżyty dzień,
zwłaszcza tutaj. Nie ma chyba rzeczy niemożliwych, jeśli ktoś jest
zdeterminowany jak ja. A postanowiłem sobie udowodnić, że da się żyć w Islandii
w pojedynkę i że można zdobyć dokładnie wszystko, co chciało się zdobyć.
Przede
wszystkim praca, bo ona przecież porządkuje wszystko. Poprzednio pisałem, jak
świetnie pracuje mi się w Nettó, jednak byłem pełen obaw, gdyż wiedziałem, że
to praca sezonowa. A więc nie jest sezonowa. Firma zdecydowała się mnie
zatrudnić na stałe. Trudno opisać ulgę, jaką odczułem, a przede wszystkim
komfort psychiczny, w jakim się znalazłem. Powoli poznaję kolejne przestrzenie
sklepu. Poza piekarnią czy pracą przy kasie odkryłem raj dla siebie – pracę
przy nabiale, kiedy to jestem w lodówce (dosłownie, ubrany w kurtkę i czapkę),
pracuję sam i dokładam mleko, jogurty czy inne produkty tego rodzaju. Praca
marzeń. Przy kasie czuję się najlepiej, bo generalnie czas tam płynie
najszybciej i wciąż się coś dzieje. Można zaskoczyć ludzi w taki sposób, że chcą
cię uściskać. Na przykład jak jeden Węgier, któremu podziękowałem na koniec w
jego języku, rozpoznając węgierski, gdy rozmawiał ze swoim towarzyszem. Jednego
dnia dostałem od klientki cudnie pachnący kwiat. Przekazałem go potem dalej
komuś innemu ku jego radości, bo nie miałem gdzie włożyć do wody. I tak się
dzieje dobro. Bardzo rzadko zdarza się klient, który się nie uśmiecha, nie
reaguje na kasjera, nie odpowiada na pytania o torbę czy rachunek. Zwyczajna,
pozornie prosta praca (zawsze trzeba patrzeć na ekran mimo dźwięku kliknięcia
sygnalizującego, że produkt wskoczył do rachunku), jednakże dająca wiele
satysfakcji. W nowym podcaście „Morze możliwości” Kasia Tubylewicz rozważa, czy
codzienny small talk z nieznajomymi, uśmiechanie się do nich i mówienie wszystkim
„dzień dobry” czyni nasze życie bardziej harmonijnym. Myślę, że tak. Bo
przecież nie wchodząc z nikim w żadne relacje, jestem jednocześnie częścią
społeczności, choć zawsze z boku i zawsze na marginesie. Jako kasjer na moment
staję się kimś innym. Nie jest tak, że nie lubię ludzi, nie lubię ich w
nadmiarze i uwielbiam żyć/mieszkać sam. Ale te dwa miesiące pracy w markecie
pokazały mi, że Islandia to nie tylko samotność oglądania pejzażu. To mimo
wszystko ludzie, którzy tutaj, w wyjątkowo trudnym do życia i zimnym rejonie
Islandii, odpowiedzą uśmiechem na twój uśmiech.
![]() |
Niebo rzadko jest czyste |
A
trudno mają na pewno turyści. Wspomniałem w poprzednim wpisie, że tegoroczne
lato na Islandii nie rozpieszcza. Na Fiordach Zachodnich praktycznie nie ma
lata. Jest tak, jak było miesiąc temu – temperatury nie przekroczyły 14 stopni,
leje w zasadzie cały czas z małymi przerwami, a słońce pojawiło się na niebie w
sierpniu może dwa razy. Oczywiście jest to dla mnie raj, bo takiego „lata”
zawsze wyczekiwałem. Jeśli uda się takie kombo jak dobra pogoda i dzień wolny,
bez wahania odpalam Marilyn i jedziemy w plener. Mogę sobie pojeździć tylko po
Fiordach Zachodnich, ale brak urlopu odbiję sobie w przyszłym roku. Będzie
długo, intensywnie i wjadę wszędzie, gdzie chcę wjechać – może poza interiorem.
Tymczasem obserwuję te przygnębiające wiele osób prognozy pogody i zakładam, że
pierwszy śnieg w górach może się pojawić już w tym miesiącu. Pojawił się za to
mrok. Doczekałem się ciemności. Jest kilka godzin w nocy – ta wyczekiwana
przeze mnie, podczas której można wreszcie palić świeczki i czuć się dużo
lepiej, gdyż ciemność daje mi komfort. Ale nie śpię lepiej. Wciąż walczę z
okrutną bezsennością, a tutejsi lekarze nie są w stanie mi pomóc. Traktują mnie
bardziej jak problem, którego nie można się pozbyć. Gościa wracającego jak
bumerang, wciąż proszącego o skuteczną pomoc i o leki, których być może nie
powinien zażywać na stałe, ale co ma robić, skoro nie śpi, a musi funkcjonować
normalnie w ciągu dnia?
Miniony
miesiąc to również czas, w którym wyzwoliłem się z lęków, ograniczeń, z
wszystkich złych emocji związanych z moimi publicznymi wypowiedziami. Nie
zamknąłem ust, bo to się komuś nie podobało i zamierzam dalej snuć subiektywne
narracje o życiu w Islandii bez względu na to, jak inni to odbiorą. W związku z
tym na zaproszenie „Gazety Wyborczej” opublikowałem artykuł o tym, jak mi się
żyje na Islandii po blisko dwóch latach emigracji, który możecie przeczytać
TUTAJ (jest w płatnym abonamencie). Poza pisaniem także trochę opowiedziałem.
Małgorzacie Bugaj, która odeszła z RMF Classic i jest w trudnej
sytuacji, więc wspieram ją na Patronite.pl. Naszej rozmowy możecie posłuchać
między innymi TUTAJ. Po przeczytaniu i odsłuchaniu doszedłem do wniosku, że w
jednym oraz w drugim materiale trochę za dużo miejsca poświęciłem hejtowi, ale
ponieważ doświadczyłem go bardzo dużo, uznałem za konieczne rozliczyć się z tym.
I zapomnieć. Bo jak powiedziałem Małgosi Bugaj, miejsce ludzi obgadujących mnie
za moimi plecami jest dokładnie tam – za moimi plecami. A tymi, którzy wypisują
bzdury w Internecie, już się w ogóle nie przejmuję.
![]() |
Spotkania w plenerze |
Chciałbym
również podziękować trzem dobrym duszom, które w ostatnich miesiącach wsparły
mnie skromnymi kwotami przez PayPal TUTAJ. Mam pracę, stałe dochody i mam z
czego żyć, jednak będę musiał spłacić mały debet bankowy, bo to jeden z
islandzkich banków pomógł mi w chwili największego kryzysu, dając możliwość
uzupełnienia stanu konta bez obciążania odsetkami. I powiem wam, że różne
instytucje islandzkie, jakkolwiek dziwnie pracują, naprawdę pomagają i dają
poczucie, że zwracając się o pomoc, można ją otrzymać. Wspominałem może – albo
nie – między innymi o tym, że Islandia przesyła mi małą comiesięczną dotację do
kosztu wynajmu mieszkania, bo taka instytucja jak HMS wie, iż mieszkać samemu
na wyspie jest bardzo trudno. Trzeba zarabiać naprawdę sporo wyżej najniższej
krajowej. A ja na razie zarabiam skromnie, choć już nie najniższą krajową.
W wolnych chwilach wjeżdżamy z Marilyn w miejsca, które dobrze znamy albo takie, których jeszcze razem nie widzieliśmy. Wycieczki po fiordach to taki głębszy wdech, natomiast każdego dnia w drodze do pracy lub z pracy oglądam wokół siebie najpiękniejszy spektakl natury. O ile oczywiście na przykład chmury i rzęsisty deszcz nie zasłaniają wszystkiego. Ale cieszę się, że sezon turystyczny się powoli kończy. Nie tylko z powodu ciasnoty w tunelu jednokierunkowym, w którym wjeżdża się praktycznie w każdą mijankę, gdy jedzie się bez pierwszeństwa przejazdu. Odwiedzane tłumnie na przełomie lipca i sierpnia Flateyri to także zajęty parking, na którym z trudem znajdowałem miejsce dla Marilyn albo przepełnione oba kontenery. Moja własność, do której ktoś radośnie nawrzucał kilogramy worków z wszelkiego rodzaju odpadami, bo czemu nie. To wygląda tak, jakby komuś zrobić kupę na wycieraczce. A potem trochę słodkich zdjęć na Instagrama, jak to cudownie było w Islandii, gdzie podrzuciło się komuś na posesję worek ze swoimi śmieciami. To, co jest jeszcze cenne, to koniec sezonu na krie i inne ptaki, które albo atakowały w obronie młodych, albo odbierały otoczeniu tę doskonałą ciszę, którą się tutaj upajam. Wiem, że na krótko przyjdzie zaraz jesień, potem sypnie śniegiem i zacznie się codzienna walka o życie na drodze. Ale nic to. Wydarzyło się mnóstwo dobra. Ja sam staram się cały czas być dobrym człowiekiem. I nie tylko wierzę w to, ale i widzę, jestem świadkiem – dobro, które dasz światu, prędzej czy później wróci do ciebie. Zatem przesyłam moc dobrej energii i do kolejnego, być może już pierwszego w tym sezonie zimowego wpisu.