czwartek, 30 maja 2024

Oświadczenie

Informuję, że dzisiaj na profilu facebookowym tego bloga zostało opublikowane pod moim adresem oszczerstwo, które jako osobny post niejaka Justyna Oracz umieściła pod każdym komentarzem. Wszystkie zawarte tam informacje są kłamstwami. Sprawa została już zgłoszona w odpowiednie miejsce.



wtorek, 28 maja 2024

Nieprzyjemnie

 

Patrz pod nogi. Tam jest proza życia.

Poprzedni wpis zapowiadał nadzieję na dobre zmiany, dzisiejszy będzie weryfikacją oczekiwań zderzonych z prozą życia. Sam sobie wykopałem grób i sam sobie jestem winien. Po raz pierwszy w życiu nie wiem, co robić, a w zasadzie utknąłem w jakimś stuporze, z którego nie mogę się wydostać, zaś kolejne dni przemijają bez sensu w poczuciu goryczy i porażki. Nie będę pracownikiem gastronomii, bo się do tego nie nadaję. Krytyczna, czwarta zmiana skumulowała w sobie tyle różnych czynników, że zarówno ciało, jak i umysł powiedziały „dość, wyjdź stąd i nigdy nie wracaj”. Nieprzypadkowo w tej branży pracują głównie młodzi ludzie. A ja chciałem sobie udowodnić, że brakuje mi tu jeszcze trzaśnięcia drzwiami obrotowymi, że osiągam niemożliwe i nie ma dla mnie ograniczeń. Są. Boleśnie sobie to uświadomiłem. Do pewnych rzeczy po prostu się nie nadaję. Pewnych czynności nie umiem się nauczyć. I byłem bardzo, bardzo lekkomyślny, gdyż na fali entuzjazmu odszedłem ze starej pracy, by po tygodniu zrezygnować z nowej i otrzymać w starej czerwoną kartkę, bo niczego tak bardzo tam nie oczekiwano jak tego, że sam odejdę, w związku z tym powrót choć tymczasowy oczywiście nie był możliwy.

 

Nowa perspektywa. Pod.


Jestem zatem bezrobotny na Islandii i nie mam pojęcia, czy przysługuje mi zasiłek dla bezrobotnych, choć złożyłem podanie, mam przepracowany ponad rok, co jest podstawowym warunkiem zdobycia takiego świadczenia. W ogóle to pojęcie jest dla mnie abstrakcyjne i upokarzające. Przez czterdzieści sześć lat cały czas pracowałem, kilka razy byłem jedynie na zwolnieniu lekarskim i nie wyobrażam sobie społecznej oraz egzystencjalnej nieprzydatności. A ona w tym momencie ma miejsce. To znaczy rozumiem, na jak niewiele zawodowych stanowisk mógłbym tutaj wejść. Rozumiem, że na prowincji możliwości pracy jest niewiele, lecz dopiero teraz dociera do mnie, że straciłem czujność i przestałem się zabezpieczać, przede wszystkim finansowo. Ostatecznie zostaję zatem z kwotą, która pozwoli mi zapłacić rachunki w czerwcu i niewiadomą, czy otrzymam świadczenie z urzędu pracy, bo de facto nie zwolniono mnie, lecz sam się zwolniłem, co samo w sobie jest jednak skomplikowaną sprawą i nie będę jej wyjaśniał tutaj, wyjaśniłem przy składaniu podania o zasiłek.

 

Jeżeli nie otrzymam tego zasiłku ani nie znajdę pracy, nie pozostaje mi nic innego jak powrót do Polski. Zanim jeszcze wpadnę w długi, z których tam, w złotówkach, potem się nie wygrzebię. Niesamowite, prawda? W sensie z moją zaradnością, z której tak byłem zadowolony, ląduję na lodzie. W totalnej rozsypce. Z kompletną niepewnością tego, co za miesiąc czy za dwa. Zostało mi trochę koron i samochód – to jedyne, co posiadam. I trzy regały polskich książek, regały zresztą też są moje. Tymczasem moja emigracja zaczyna być powoli koszmarem. Wiem, że mnóstwo ludzi wpada w takie kłopoty, inni mają jeszcze trudniejszą sytuację, jednakże z moją ręką w nocniku nie będzie dla mnie pocieszeniem fakt, że ktoś jest zadłużony, chory, pogrążony w większej rozpaczy. Może rozpacz to za mocne słowo, ale jestem kompletnie pogubiony. Jakby z tą spontaniczną, lecz absolutnie zdecydowaną myślą, by tę czwartą zmianę zakończyć i odejść, umknął mi gdzieś mój instynkt samozachowawczy. Jakbym pozbawił się na moment logicznego myślenia, ale takiego naprawdę podstawowego. Bo tego typu decyzje można podejmować z jakimiś oszczędnościami na czarną godzinę. A mnie została tylko czarna godzina. Kilka osób wsparło mnie przez PayPal TUTAJ, za co serdecznie dziękuję i obiecuję sobie zrobić to samo, kiedy w przyszłości będę miał środki, a przeczytam o kimś, kto upadł na emigracji. A może emigracja nie jest po prostu dla mnie? Może miłość do pejzażu to rzeczywiście za mało, kiedy dziś, w takim stanie emocjonalnym, odkrywam z przerażeniem, że samotność pośród dziczy nie wycisza mnie i nie uspokaja, jak zawsze się działo?

 

To piękno nie do końca koi.

Oczywiście, że myśl o powrocie do Polski pojawia się z tyłu głowy i zdaję sobie sprawę z tego, że ewentualna decyzja o tym powrocie nie będzie żadną porażką. Po prostu niektórym nie wychodzi. Nie wierzę w to, że na Islandii żyje się szczęśliwie i bezstresowo, albowiem szczęście odnajdywałem tu tylko czasami, a poziom czynników stresogennych był chwilami nie do uniesienia. Porażką jest bardziej to, że po ponad roku emigracji nagle staje się frontem do ściany i przez moment nie widzi się niczego poza nią. To bardzo bolesne i frustrujące. Ale mam odwagę o tym pisać, wiedząc jednocześnie, jak wiele osób ucieszy się z takiego obrotu spraw w moim życiu. Wiem to, bo liczba komentatorów/obserwatorów z różnych powodów zablokowanych jest naprawdę spora, a ja nadal nie rozumiem, jaką krzywdę wyrządziłem wszystkim tym ludziom, którzy życzą mi tu jak najgorzej. Przykro mi, że kolejny post może być odebrany jako utyskiwanie. Po prostu informuję o tym, w jakiej sytuacji się znalazłem. I jestem z tym sam, bo tak sobie wybrałem. Piszę to także dla siebie, żeby przeczytać ten wpis za pół roku czy za rok. Tam, gdzie wówczas będę, bo nie mam pojęcia, czy to będzie Islandia.

 

Nie, nie oczekuję też współczucia, wpakowałem się na minę samodzielnie i samodzielnie muszę się teraz wydostać z dołu. Zastanawia mnie jedynie to, dlaczego starałem się przekonać siebie, że naprawdę jestem gotowy na emigracyjne życie. Bo inni tu przyjeżdżają, po prostu znajdują pracę i zostają? Nie szarpią się z nauką języka islandzkiego jak ja, którego znajomość w gruncie rzeczy też niewiele zmieni na rynku pracy prowincji? Może. A może powinienem wziąć głęboki oddech, zacząć wszystko od nowa, iść spokojnie pracować do fabryki rybnej, gdzie nigdy się nie widziałem, i zwyczajnie skoncentrować się na przeżyciu danego dnia? Tylko przy braku środków finansowych na sytuacje awaryjne raczej czegoś takiego nie da się zrobić. Zwłaszcza gdy dodatkowo boli to, że miałem w planie wymarzony oraz wyczekiwany od roku urlop w drugiej połowie czerwca i chciałem wreszcie zobaczyć fiordy wschodniej Islandii, ale oczywiście w obecnej sytuacji wszystko musiałem odwołać. Nie mam zatem pojęcia, jak będzie wyglądać następne trzydzieści dni. Nie śmiem sięgać myślami gdzieś dalej.

sobota, 18 maja 2024

Majowe zmiany

 

Ja i mój ukochany fiord

Pewnie w maju pojawi się też tylko jeden wpis jak w kwietniu. Kiedy zakładałem tego bloga wiele lat przed przyjazdem na Islandię, miał on być w założeniu miejscem, gdzie często będę sobie wpisywał codzienne refleksje, takim dziennikiem emigracyjnego życia. Tyle że emigracyjne życie nie daje ani czasu, ani możliwości koncentracji, ani takiego komfortu umysłu, żeby sobie wszystkie rzeczy na bieżąco układać i o nich pisać. Kiedyś czytałem dziesięć książek miesięcznie i byłem w stanie napisać jedną w rok. Dziś cieszę się, gdy uda mi się w ciągu miesiąca przeczytać ze dwie lub trzy powieści, a o własnym pisaniu mogę zapomnieć. I chyba będę musiał, bo naprawdę nie ma tu warunków na to, by napisać książkę, a kiedy pomyślałem o literaturze faktu i nawet przygotowałem konspekt, otrzymałem trzy odpowiedzi odmowne z wydawnictw. Prawdopodobnie nikogo to po prostu nie interesuje, choć znam rynek wydawniczy i wiem doskonale, że odmowy publikacji mają bardzo różne powody, niejednokrotnie wcale niezwiązane z tym, czy dana narracja jest dobra albo czy kogoś zainteresuje. Dlatego koncentruję się na prozie życia, trzymając się kurczowo pracy w literkach jedynie wtedy, kiedy piszę coraz rzadziej już ukazujące recenzje.

Teraz bowiem muszę się skoncentrować na szybkiej i sprawnej pracy w gastronomii. Od tego miesiąca pracuję w restauracji na końcu Islandii. Víkurskálinn w Bolungarvíku jest miejscem popularnym i chętnie odwiedzanym przede wszystkim ze względu na szybkość obsługi oraz znakomite jedzenie. Byłem tam dawniej dwukrotnie jako konsument i nie spodziewałem się, że trafię ponownie jako pracownik. Za mną dopiero trzy zmiany, ale wiem, że będzie mi się tam pracowało dobrze. Bo ogromnie istotne w każdej pracy jest to, z kim pracujesz i jakie masz szefostwo. Trafiłem znakomicie, choć oczywiście nie ma tam czasu na wolne uczenie się, po prostu wszystko trzeba ogarniać naraz. Trzy dni po dziesięć godzin pracy, kiedy można usiąść właściwie tylko na kwadrans dziennie do posiłku, są wykańczające nawet dla kogoś, kto jak ja pracował w sklepie przez osiem godzin i zasadniczo sekcja pracy przy sprawach finansowych niczym się nie różni. Różnica polega na tym, że trzeba być w gastronomii czasem w dwóch miejscach naraz, robić trzy rzeczy jednocześnie i pamiętać o szczegółach. I praca w jakimkolwiek sklepie łącznie z przyjmowaniem i indeksowaniem towarów to jednak zupełnie nieprzystająca do gastronomii rzeczywistość. Mnóstwa rzeczy muszę się jeszcze nauczyć i wiem, że pracuję za wolno, choć przecież ani chwili nie siedzę na czterech literach. Dwie z pewnością relaksujące mnie czynności to mycie garów oraz składanie toaletowych ręczniczków do rąk dla klientów. Umiem już nalewać piwo, robić hot dogi, nadal mam problemy z robieniem lodów, a przede wszystkim shake’ów. Ale tak, właśnie tym będę się zajmował od teraz, bowiem zakładam, że to będzie praca na stałe. Zresztą takiej potrzebuję.

Spacer na południu Fiordów Zachodnich


I tak to właśnie wygląda. Decyzja o emigracji pociąga za sobą konsekwencje, których kształtów absolutnie nie przewidziałem. Bardzo lubię moją obecną pracę, bo jest dynamiczna i po prostu czuję, że żyję. Jest to również praca zmianowa, w związku z tym będę mieć więcej wolnych dni. Ale nigdy nie przypuszczałbym, że tablicę interaktywną, dziennik elektroniczny, uczenie w szkole kreatywnego pisania czy pisanie książek zamienię na życie za ladą. To jest doświadczenie zaskakujące i niezwykle wartościowe. Docenia się pewne rzeczy, otwierają się nowe perspektywy, inaczej patrzy się na życie, inaczej o nim myśli. Czternaście miesięcy pracowałem w jednym miejscu, w którym nie czułem się dobrze. A jednak tworzyłem poczucie stabilizacji i tego, że coś jest na stałe. Dziś wiem, że emigracja to wieczne zmiany i wieczna niepewność. Mogę coś doceniać – na przykład to, że mam możliwość wynajmowania pięknego domu albo jeżdżę znakomitym samochodem – ale muszę mieć z tyłu głowy, że wbrew tytułowi bloga i mojemu egzystencjalnemu zamierzeniu nic tu wcale nie jest „na zawsze”.

Wiem również, że mnóstwo hejterskich komentarzy pod moim adresem lub tak zwanych dobrych rad kanapowych znawców albo po prostu wszelakiej formy niechęci wobec tego, jak i co piszę o swojej emigracji wynika przede wszystkim z tego, że nie ma ona spójnego dla odbiorcy kształtu. Bo z jednej strony wyjechał, porzuciwszy dostatnie życie i jak śmie teraz na cokolwiek narzekać, a z drugiej strony narzeka i wciąż powtarza, że trafił do najpiękniejszego miejsca i nie chce się z nim pożegnać. Tak to właśnie jest. Taki jestem. Niejednoznaczny w swych wyborach, emocjach, decyzjach. Chcę spokojnego i samotniczego życia na islandzkiej prowincji, ale z miliona powodów jest to czasem trudne lub niemożliwe. Ludziom nie klei się to, że można dostrzegać złe strony kraju, który się przecież świadomie wybrało do życia. Wybrałem pejzaż i on jest najważniejszy. Reszta to umiejętność dostosowania się do trudnych warunków albo niemożność dostosowania się. Kiedy wspominam o sprawach negatywnych, ani razu nie sugeruję, że jest mi źle z powodu zimna, wiatru, deszczu, śniegu, mgły, braku słońca czy innych czynników atmosferycznych, które określane są jako depresyjne, lecz dla mnie takie nie są. Komplikacja mojej emigracji to przede wszystkim pomieszanie wielkiej miłości do danego miejsca z ogromnym wyczuleniem na ludzką podłość, niekompetencję albo dyletanctwo. Cokolwiek się dalej wydarzy, wiem, że mam prawo myśleć o Islandii to, co myślę, i zmieniać zdanie pod wpływem własnych doświadczeń, nie komentarzy innych. A na razie chcę się skoncentrować na dopasowaniu do zmiany, chcę być dobrym pracownikiem i uczciwie zarabiać tutaj na życie. Dlatego maj będzie trudny, ale do zmian i pewnego rodzaju niepewności na co dzień już po prostu muszę się przyzwyczaić.



Zdjęcia do dzisiejszego wpisu robiła mi Patrycja Makowska. Znakomita fotografka, której fotografie możecie znaleźć między innymi TUTAJ. To kolejna osoba na Islandii, która pokazuje mi, jak robić dobre fotki i jakie tajemnice kryje w sobie po prostu profesjonalne zdjęcie. Mnie aktualnie przykuwa detal, choć kiedyś fotografowałem tu absolutnie wszystko. Daleko moim zdjęciom do obrazów takich moich znajomych jak Patrycja, Mariusz Zaworka czy na przykład Adam Ciach, ale to też kwestia tego, że wszystkie robię po prostu aparatem w telefonie i nie mam żadnego profesjonalnego sprzętu. Wracając jednak do Patrycji, udało nam się spędzić piękny dzień, jeżdżąc Marilyn po południu Fiordów Zachodnich i wiem, że na pewno to kiedyś powtórzymy, bo Patrycja to znakomita kompanka w podróży i po prostu przesympatycznie spędziliśmy czas. Zakładam również, że poza gastronomią pojawią się także jakieś oferty pracy w turystyce jak pierwsze zlecenie na obwiezienie grupy turystów, które zrealizuję niebawem. Teraz tylko do października, bo jasność przez całą dobę mnie bardzo męczy, ale napisałem to już tutaj wiele razy, więc po co się powtarzać?

---

Jeśli podoba Ci się ten blog lub Cię inspiruje, możesz mnie wesprzeć finansowo, TUTAJ link do Paypala.