Od pewnego czasu spory szum
medialny robi najnowsza narracja Huberta Klimki-Dobrzanieckiego "Zostawić
Islandię". Na jej temat wypowiedziałem się w recenzji, którą można
przeczytać TUTAJ, więc nie będę się powtarzał. Dodam jedynie, że zupełnie to do
mnie nie przemówiło. A autor jest przecież utożsamiany z Islandią na
geograficzno-literackiej mapie rozmyślań najnowszej książki samego Przemysława
Czaplińskiego (który to jedynie w przypisie zaznacza, że analiza literatury
kształtującej świadomość Północy obejdzie się jednak bez Islandii).
Klimko-Dobrzaniecki to świetny gawędziarz i potrafi doskonale pisać. Tym
bardziej mi żal, że nie opowiedział Islandii. Brakuje mi książek o wyspie.
Właśnie opowiadających ją. Z empatią i wrażliwością, wyczuleniem na szczegóły.
Z tego, co się orientuję, do publikacji książki o Islandii przymierza się Kuba
Witek, który swego czasu przemierzył kraj na rowerze i na pewno poczuł -
dosłownie i w przenośni - tę różnorodność, która czasem uwiera, a czasem po
prostu czaruje. Nie wiem, czy to będzie dobre literacko, ale na pewno
wartościowe. Brakuje mi literackiego ujęcia Islandii jako miejsca, w którym
człowiek naprawdę coś przeżywa. Brakuje mi też reportaży o tym kraju, które na
polskim rynku wydawniczym powinny się przecież pojawić, skoro wyspę zamieszkuje
wielu zarobkujących tam Polaków. Wiem o kimś, kto książkę o Islandii ma chyba
gotową, ale nie mogę się chwalić tą wieścią publicznie. Czekam na opowiadacza,
który uwzględni specyfikę Islandii, wspomnianą jej różnorodność i fakt, że tworzy
specyficzny mikroświat. Jest daleka od wszystkiego, do czego można byłoby ją
porównać. Przyznam, że leciałem na wyspę z zamiarem napisania o niej czegoś
więcej niż notki tutaj. Zebrałem za mało materiału, a gdybym miał pisać własną
książkę, wystrzegałbym się jak ognia, żeby była to publikacja o mnie zamiast o
wyspie. Nie wiem, czy sam dam radę i kiedykolwiek zrealizuję mój zamiar, ale
póki co czekam - na autentyczną, przejmującą, pięknie subiektywną i wartościową
literacko narrację o Islandii. A Wy, chcielibyście taką przeczytać?
czwartek, 22 września 2016
piątek, 9 września 2016
Powrót
Każdy, kto był na Islandii i
się w niej zakochał, wie doskonale, że tam się po prostu wraca. Nie ma innej
możliwości. Nawet jak się zobaczy wszystko i zjedzie wyspę dookoła, i tak chce
się tego wszystkiego zasmakować znowu, i znowu. A ja wrócę pod koniec kwietnia
przyszłego roku. Niedawno Wizzair ogłosił, że startuje z lotami do Keflaviku z
Katowic. Nie namyślałem się długo i zabukowałem bilet. Potrzebny mi taki
azymut. Świadomość, że co by się nie działo na co dzień i jakkolwiek nie byłoby
ciężko, Islandia czeka i niebawem wrócę. To jeszcze nadal będzie lot w dwie
strony, ale rodzi się ta przyjemna pewność czegoś wspaniałego, co wkrótce znowu
zobaczę. Od razu mi lepiej z ponurą polskością wokół. Właściwie to nie
powinienem narzekać, bo nowy rok pracy zapowiada się dobrze, wszystko idzie po
mojej myśli i jestem po prostu zadowolony. Coraz trudniej jednak ze
świadomością odejścia mamy, ten fakt dopiero teraz powraca ze zdwojoną siłą i
rodzą się różne nieprzyjemne odczucia. Jej brak jest odczuwalny na równi z
brakiem Islandii. Tylko ten drugi mogę sobie zrekompensować. Tak więc bilety
już są, ale planów na razie nie snuję. To raptem kilka dni, pewnie będzie
jeszcze zima, nie tak wiele możliwości jak w lipcu, ale co tam - ten
zaplanowany lot to taki punkt odniesienia i jak mi się zrobi źle z nadmiaru
negatywnych bodźców w szarej rzeczywistości, to sobie wejdę na stronę Wizzaira
i przypomnę, co jest najważniejsze. Oby do 28 kwietnia!
piątek, 2 września 2016
Filmowe wspomnienie
Dość długo się wahałem, czy upubliczniać ten film. Obejrzeli go moi znajomi na Facebooku, a teraz będzie mógł zobaczyć właściwie każdy. Wydaje mi się jednak, że radością trzeba się dzielić. Zwłaszcza teraz, gdy poislandzka tęsknota blisko miesiąc od powrotu naprawdę zaczyna doskwierać. A to jest najpiękniejsza pamiątka z tego pobytu. Daleko nam do oryginału, który kiedyś tutaj prezentowałem, jednak staraliśmy się. Miłego odbioru!
środa, 17 sierpnia 2016
Przynależność
Zgasłem ostatnio trochę.
Wtapiam się w polskie realia, muszę je z powrotem zaakceptować i się w nich
odnaleźć. A miałem pisać o przynależności. O takim momencie, gdy widzisz
tabliczkę z nazwą miejscowości - jak ta na zdjęciu - i wiesz, że to jest twój dom.
Że nagle wszystko jest w najlepszym porządku, rzeczywistość się nie
fragmentaryzuje, wszystkie klocki są na właściwym miejscu, a ty... jesteś u
siebie. Tak to było z Ísafjörður, już ponad dwa tygodnie temu. Siedzi to we
mnie bardzo mocno, bo po raz pierwszy poczułem takie wewnętrzne i silne
poczucie przynależności. Od początku studiów przenosiłem się w Krakowie
wielokrotnie. Zależało mi na tym, żeby mieć te własne i wyjątkowe cztery kąty,
w związku z tym sześć lat temu wpakowałem się w kredyt "że cię nie
opuszczę aż do śmierci" zwany potocznie hipoteką i przez jakiś czas
myślałem, że jestem u siebie. Wreszcie. Ale to jednak było złudzenie. Bo 30
lipca poczułem coś, czego nie odczuwałem ani razu - nawet wówczas, gdy
rozglądałem się z dumą po tych moich czterech ścianach i planowałem, gdzie
wbiję gwoździa, gdzie postawię nowy mebel. Przynależność to jednak coś w sercu,
coś mocno egzystencjalnego - nie określone M w określonej cenie, nie wreszcie
własny adres w dowodzie osobistym, który tak długo celebrowałem. Bo przecież
bycie w Ísafjörður wcale nie musi być związane z własnym mieszkaniem. Wiem, że
to wszystko na Islandii kosztuje, że trudno mieć swoje, wynajem jest
korzystniejszy i chyba częściej praktykowany. A jednak ktoś, kogo spotkałem na
lotnisku w Ísafjörður, potrafił wybudować sobie własny dom w okolicznym
Bolungarviku, pożegnać się mentalnie z Polską i zrosnąć z Islandią, nawet nie
znając dobrze jej języka. Bardzo żałuję, że mojemu przypadkowemu rozmówcy z
lotniska nie zostawiłem choćby maila do siebie.
Mówił o potrzebie kogoś, kto tam na miejscu uczyłby polskie dzieci ojczystego języka. To, iż przeczyta dzisiejszy
post, jest mało prawdopodobne. Żałuję też, że nie wykorzystałem danych mi
dodatkowych dwóch godzin na wpatrywanie się w widoki z lotniska i dałem się wkręcić
złości na to, iż samolot się spóźnia. Nie pożegnałem się z Ísafjörður tak, jak
należało to zrobić. Byłem niespokojny, coś tam mi się w głowie posypało, nie wyłączyłem tego ustawicznego planowania i oczekiwań, by świat dopasowywał się do mnie co do godziny, jaką ustalę. Ale tam jest moje miejsce. Tak to odbieram - wszystkimi
możliwymi zmysłami. Do dziś czuję ten dreszcz na ciele, kiedy mijałem żółtą
tabliczkę, szedłem dalej i wiedziałem, że to tu. Właśnie tu i nigdzie indziej.
![]() |
widok z lotniska |
sobota, 6 sierpnia 2016
Polacy na wyspie
Dziś pierwszy dzień od ponad
dwóch tygodni, który spędzam sam. Ze swoimi myślami i przede wszystkim ze snem,
bo odsypiam napięcie i emocje minionego czasu. Pierwsza książka od ponad dwóch
tygodni. Nie wchodzi zbyt szybko, odzwyczaiłem się od czytania. Tak samo jak od
ciemnych nocy. Gdy wylądowałem w środę w Warszawie, nie mogłem się napatrzeć na
to ciemno wokół. Udało mi się dwa dni spędzić u koleżanki niedaleko stolicy i
to był taki przyjemny czas przestawiania się na inne funkcjonowanie. Kraków i
Wieliczka powitały mnie wczoraj upałem. Takim trochę drwiącym. Masz z powrotem
to, od czego uciekałeś. Poza tym wciąż tkwię w stanie takiego dziwnego
zawieszenia. Kadry islandzkie wyostrzają się w pamięci, wracają tej fragmenty
rozmów, nad którymi się nie zastanawiałem. Choćby te dotyczące sytuacji Polaków
na Islandii. Każdy Islandczyk (trzy osoby) reagował z polityczną poprawnością
na wieść, że jestem z Polski i ze zdziwieniem, iż jednak nie pracuję, lecz
zwiedzam. O samych Polakach było krótko. "Very nice people" i sztywny
uśmiech. Na każdej islandzkiej twarzy. Wspominałem już o tym, że wielojęzyczne
foldery reklamowe nie obejmują na wyspie języka polskiego.
Słyszałem, że
Islandczycy są przeciwni temu, by pojawiały się etaty dla nauczycieli języka
polskiego w islandzkich szkołach. Polacy traktowani są przede wszystkim jako
tania siła robocza, wobec której jest ten chłodny dystans i przekonanie, że to
jednak inni ludzie. Społeczność islandzka od wieków jest homogeniczna. Na pewno
trudno się wkraść w jej łaski. Czasem się to w ogóle nie udaje. Przykra była
rozmowa, którą przeprowadziłem ze współpasażerem podczas lotu do Warszawy. Z
całą stanowczością stwierdził, że Islandczycy potrafią być rasistami. Wspomniał
sytuację, w której był świadkiem naigrawania się w zakładzie pracy z Polaków. Robili
to Islandczycy we własnym języku przekonani, że nie zostaną zrozumieni. Paskudne
epitety za plecami pracujących. Mój rozmówca zareagował i powiedział, że nie
życzy sobie takiego traktowania. Od dziesięciu lat wspiera PKB tego kraju,
wciąż czując się w nim kimś gorszym. Właśnie z powodu takich sytuacji mimo
wszystko rozważa powrót do kraju. Ta polska gorycz jest chyba obecna gdzieś na
co dzień. Trudno jest mi określić, dlaczego Islandczycy trzymają dystans tak
długo. Może robią to względem każdej obcej nacji. Jednak prawdą jest, że mówią
o Polakach z uśmiechem, używają wyświechtanej formułki, a za plecami potrafią
wyrazić swą opinię w sposób dosadny i przykry. Wszystko, o czym piszę, to
relacje międzyludzkie. Nie myślę o wyjeździe na Islandię, by je specjalnie
jakoś budować.
Chodzi mi o konkretne miejsce, konkretną przynależność. Pewnie
będę tam jednym z tych obcych. Tych, którzy respektują prawa i dostosowują się
do warunków życia, a jednocześnie są w islandzkich domach krytykowani. Myślę,
że to jest bardzo skomplikowany problem - nie mogę wyciągać wniosków po
wysłuchaniu kilku relacji. Nie wiem, na ile szczerzy byli moi rozmówcy, nie
rozmawiałem też tak naprawdę z Islandczykami. Mimo wszystko przez dwa tygodnie
czułem się dość specyficznie jako turysta z Polski. A dziś myślę o tym, że tak
naprawdę ludzka przyzwoitość, otwartość i tolerancja nie zależą od kraju
pochodzenia. Albo się jest po prostu dobrym człowiekiem, albo się nim nie jest.czwartek, 4 sierpnia 2016
Dzień 13 - 2 sierpnia
Od rana czułem już to
nieznośne napięcie i świadomość końca. Chyba nie umiem cieszyć się chwilą, bo
już dzień wcześniej odczuwałem ten przygnębiający nastrój pożegnania. Spałem
dość długo. Zorientowałem się, że w okolicy jest Muzeum Sagi, więc postanowiłem
je zobaczyć. Straszne i piękne miejsce. Bezkompromisowość i okrucieństwo
początków ludzi na wyspie. Szesnaście zakątków z realistycznie przedstawionymi
scenami. Pierwsi ludzie na Islandii. Pierwsza adaptacja do nowych warunków przywiezionych
tu ptaków. Początki stanowienia prawa. Okrutne zabójstwa. Palenie na stosie.
Wystawa obejmuje czas do późnego średniowiecza. Zwiedza się ze słuchawkami,
przewodnik w bardzo wielu językach, ale oczywiście nie w polskim.
Potem kolejne
testowanie zestawu fish & chips w porcie. Obsługuje - co za niespodzianka!
- chłopak z Polski. Średnio to było dobre, ale nadgoniłem gratisowymi sałatkami
- spory zestaw do wyboru. Niespieszny spacer po okolicy, trochę fotek w porcie.
Na popołudnie został Hallgrímskirkja, chyba najbardziej charakterystyczny punkt
stolicy. Tam umówiłem się z Patrycją i Adamem, żeby dokręcić ostatnie kadry
islandzkiego filmu, a potem poszliśmy na pożegnalne piwo. Tymczasem sam kościół
spory, ascetyczny, taka potęga i skromność jednocześnie. Za niewielką opłatą
można wjechać windą siedem pięter na wieżę widokową. Stamtąd rzeczywiście
lepsza perspektywa niż z Perlana. Ostatnie spojrzenie na Reykjavik z góry.
Sporo kolorów. Takie barwne domy zapewne pomagają przetrwać długą i szarą zimę.
Jednocześnie bardzo podobały mi się stonowane stalowe kolory nowoczesnych
budynków tuż przy porcie. Reykjavik nie ma jakiegoś jednorodnego,
charakterystycznego stylu. Wszystkiego po trochu, w odpowiednich proporcjach. Hallgrímskirkja
to też taki punkt orientacyjny górujący nad miastem.
Na wypadek, gdyby ktoś się
tu zgubił, co wydaje mi się niemożliwe. Po spotkaniu z moimi islandzkimi
gospodarzami pozostało już tylko pakowanie. Nieprawdopodobnie szybko minęły te
dwa tygodnie. Zdecydowanie za szybko. Wciąż mam wrażenie, że zobaczyłem być może za dużo, ten przesyt był trochę rozsadzający, czasami przeszkadzał. Jednocześnie wiem, iż cały czas, od samego początku miałem apetyt na jak najwięcej. Miało być intensywnie i tak było. Reykjavik stał się akurat takim punktem, gdzie mogłem łapać oddech, żeby nie dostać zadyszki. Myślę też, że zupełnie inna Islandia jest poza miastem, a inna w aglomeracji. Tutaj o niezwykłości natury wyspy przypomina tylko nieodległa Esja i ocean. Stąd też moje wewnętrzne przekonanie o tym, że jeśli się tu przeniosę, wybiorę odludne miejsce. Z innym, lepszym rytmem.środa, 3 sierpnia 2016
Dzień 12 - 1 sierpnia
Poniedziałek był dniem,
kiedy przez większość czasu mogłem zbijać bąki. Po prostu się wyspać. Poradzić
nowym lokatorom domku, co mają zrobić z jedzeniem albo walizkami przed czasem
wprowadzenia się. Sam z Patrycją szukałem klucza, by wejść po raz pierwszy i
chwilę nam to zajęło. Domek znowu tętni życiem, wszystkie pokoje zajęte. Szkoda
tylko, że mamy jeden kibelek na wszystkie osiem pokoi, to nam wszystkim nieco
doskwiera. Poznałem turystów z Grecji, Kolumbii, Australii. Głównie pary. Grecy
w swojej podróży poślubnej. Szaleńcy zdegustowani ich własnym gorącem i
pragnący ochłody w samym środku lata. Ludzie przyjeżdżają, wyjeżdżają, zostają
na dzień lub dwa, a ja zaczynam tu powoli robić za gospodarza, który wszystko
tłumaczy. Oswoiłem już to miejsce na tyle, że czuję się jak w domu. Naprawdę
wszędzie blisko. Może do Bonusa kawałek. Miałem zrobić zakupy w tym tanim
sklepie, ale pocałowałem klamkę, bo dzisiaj jakieś święto handlowe i wiele
miejsc nieczynne. Pogoda się zdecydowanie popsuła. Patrycja odebrała mnie po
południu. Pojechaliśmy na małą wycieczkę do Krísuvíku, jakieś 40 km od stolicy.
Celem były okolice wygasłego od 1340 roku wulkanu, których charakterystyczną cechą
jest niezwykła kolorystyka tworzona przez jamy z wrzącą wodą.
Wiedziałem, że to
moja ostatnia podróż plenerowa po wyspie, więc tym zachłanniej robiłem zdjęcia,
rozglądałem się wokół, starałem zapamiętać szczegóły. Miotałem się między
wewnętrzną rozpaczą a zdroworozsądkowym myśleniem o tym, że tu wrócę. To takie
miejsce, do którego się wraca - nawet jeśli nie myśli się o tym, by zamieszkać
tu na stałe. Islandzka przyroda jest sama w sobie różnorodna, ale bywa
przecież, że wystarczy inny kąt padania światła, aby oglądane już miejsce
wyglądało zupełnie inaczej. Nie wiem, czy mam jakieś zdolności wpływania na
tutejszą aurę, ale w okolicy Krísuvíku od razu się wypogodziło. Nakręciliśmy
tam pierwszą scenę do filmu z tańcami na tle islandzkiej przyrody. Niebawem
będzie gotowy. Sporo świetnych ujęć i dużo zabawy. Zobaczycie za jakiś czas.
Tymczasem po obejrzeniu dymiących pól postanowiliśmy
zajrzeć jeszcze do tutejszego kościółka, który Hubert Klimko-Dobrzaniecki
opisuje w planowanej na wrzesień książce "Zostawić Islandię". Po
kościele nie ma śladu. Kupa kamieni i kilka grobów. Absolutna cisza. Okoliczne
wzgórza mieniące się kolorami.
Mijają dwa tygodnie, a ja wciąż nie mogę się na
to całe piękno napatrzeć. Nie wiem, czy to kwestia wrażliwości, estetyki czy
zwyczajnego zakochania w tym miejscu, o którym nie śmiem na razie wypowiedzieć
się krytycznie. Krísuvík to miejsce na popołudniową wycieczkę ze stolicy. Coś
tam po drodze ominęliśmy, jakąś latarnię i mostek. Nic to. Ja tu z pewnością
wrócę. Zrobię prawo jazdy i zbadam każdy kawałek terenu. Dzisiejsza wyprawa
była takim pożegnaniem z wyspą, bo jutrzejszy dzień to już tylko łażenie po
Reykjaviku. I myślenie o locie w środę, który już dziś spędza mi sen z powiek.wtorek, 2 sierpnia 2016
Dzień 11 - 31 lipca
Niedzielę przeznaczyłem na
Golden Circle - turystyczną trasę numer jeden, którą zaliczają wszyscy turyści
na Islandii. Dzisiejszym przewodnikiem była Agnieszka. Czytelniczka
"Krytycznym okiem" na wyspie, która do tej pory bardzo mi pomagała,
udzielając praktycznych wskazówek na miejscu. Przyszedł czas na spotkanie.
Agnieszka zapewne dziesiątki razy objechała już tę trasę, ale z anielską
cierpliwością przewiozła mnie po niej, pokazując dodatkowo niezwykle urokliwą
trasę powrotną. Najpierw Kerið, czyli jezioro wulkaniczne powstałe tysiące lat
temu - bardzo charakterystyczne, niewątpliwie urokliwe. Tymczasem wstęp płatny
- 400 koron. Na tej trasie Islandczycy postanowili jednak zarabiać. O ile
rozumiem tę opłatę, o tyle kompletnie nie do pojęcia jest dla mnie fakt, że
przy wodospadzie Gullfoss toaleta jest płatna, a przy tym potwornie brudna, bez
papieru, bez ręczników. Rozumiem, że chce się zarobić na podstawowych ludzkich
potrzebach, ale wymagałbym elementarnego dbania o takie miejsce. Nic to,
najważniejsze było zwiedzanie. Wodospad Gullfoss jest bardzo malowniczy.
Wpada
w wąski kanion, łamie się w kilku miejscach. Mocno świeciło słońce, w związku z
tym widoki dodatkowo ozdabiały tęcze powstające wielokrotnie i w różnym
natężeniu. Tłumy prawie jak nad Morskim Okiem. Hipokryzją jest narzekanie na
coś takiego, gdy samemu się ten tłum tworzy, ale takiej ilości ludzi jednak się
nie spodziewałem. Kolejny przystanek - słynne islandzkie gejzery. Strokkur nie
eksplodował jakoś spektakularnie. Przynajmniej w czasie, kiedy czekałem
cierpliwie na erupcję z włączonym aparatem. Grzmotnął porządnie dopiero
wówczas, gdy oddaliłem się w inne miejsce. Zgromadzeni wokół niego turyści utonęli w mgle gorącej pary. Spektakularnej foty zatem nie ma,
ale samo obcowanie z ziemią, w której gotuje się woda, było niepowtarzalnym
przeżyciem. Tym bardziej, że to nie jeden gejzer, lecz wiele obok siebieW dalszej drodze mała przygoda z koniami i sesja zdjęciowa. Wciąż
je tu widzę, wszystkie swobodnie biegają, są bardzo poczciwe, z ufnością
podchodzą do ludzi. Owce i barany zmykają, nie chcą być fotografowane.
Tymczasem
w nieodległym Þingvellir czekał mnie kilometrowy spacer w szczelinie między
dwiema płytami tektonicznymi. Widoki wspaniałe. Na koniec wspomniana już
bonusowa trasa z jeszcze bardziej niezwykłą panoramą. Agnieszka zna już
właściwie każdy kąt wyspy poza interiorem, więc dzięki niej wydobyłem z tej
popularnej trasy turystycznej dużo więcej niż gdybym skorzystał z licznie tu
organizowanych wycieczek. Czas minął bardzo przyjemnie. Poznałem kolejną polską
perspektywę na Islandię. Zgodnie z Agnieszką stwierdziliśmy, że piszący o niej
Hubert Klimko-Dobrzaniecki nie poczuł tak naprawdę, czym jest islandzkość. Albo
po prostu jest zbyt cyniczny w opisie codzienności wyspy. Agnieszka, podobnie
jak moi poprzedni gospodarze/przewodnicy, mieszka tutaj wystarczająco wiele
lat, by świadomie twierdzić, że nie ma wspanialszego miejsca do życia. I nie
mówi mi tego tutaj jedna osoba.
Są ludzie autentycznie zakochani w Islandii i
szczęśliwi, że taki cel emigracji wybrali. Mówią o tym nie z mojej perspektywy, letniego turysty z cieplarnianych warunków, ale ogólnie - przeżyli tu niejedną ciemną i długą zimę. Golden Circle to była taka trasa
trochę wbrew sobie, ale nie żałuję, że ją przejechałem, oglądając nieco
komercyjne piękno Islandii i obserwując dość dyletanckie próby Islandczyków
zarabiania na tym miejscu. Polacy już by zadbali o to, żeby wycisnąć kasę z każdego tutejszego zakątka. Piękna niedziela z mieszaną już pogodą. Gorąca aura
zdaje się odchodzić w przeszłość. Na jutro pozostaje Krysuvik i świadomość, że
powoli trzeba się będzie żegnać z wyspą.Z moją dzisiejszą przewodniczką |
Moja wyspa! |
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Dzień 10 - 30 lipca
To był najwspanialszy dzień
mojej wyprawy. Niepozbawiony także złych emocji związanych z lataniem, ale
zobaczenie Ísafjörður było tego warte. Prawdopodobnie ściągam jakiegoś pecha na
loty, w których mam uczestniczyć. Wystartowaliśmy planowo z Reykjaviku. Starałem
się wyluzować, nie myśleć o niczym. Siedział koło mnie miły student z Kolorado,
zaczęliśmy rozmawiać, odważyłem się nawet zrobić kilka zdjęć przez okno. I co?
Po kwadransie lotu komunikat, że mamy problemy techniczne i wracamy do
Reykjaviku. Ostry skręt i powrót w milczeniu. To znaczy cały samolot zamarł,
ludzie przestali wydawać jakiekolwiek dźwięki. Zacząłem liczyć islandzkie
barany, zamknąłem oczy i starałem się nie istnieć. Wylądowaliśmy szczęśliwie.
Szybko podstawili drugi samolot, ale tym razem wsiadałem już z duszą na
ramieniu. Po 40 minutach męki wreszcie lotnisko w Ísafjörður. Nie mogłem
uwierzyć, że wreszcie jestem w miejscu, które wymarzyłem sobie na mój dom.
Dziesiątki zdjęć, tapety na pulpicie, lata wzdychania i myślenia o tym, że mogę
sobie pomarzyć o miasteczku, tylko to mi pozostaje.
A jednak dotarłem tutaj!
Nieważne, że bilety lotnicze drogie. Nieważne, że przeboje z lataniem. Bycie
tam było spełnieniem największego marzenia w życiu. I wiem, że wszystkie
marzenia trzeba spełnić, wykorzystać każdy moment życia. Niedawne wydarzenia
pokazały mi, iż można odejść nagle, zupełnie niespodziewanie. Jest mało czasu,
by doświadczać świata... Drogę z lotniska do miasteczka (6 km) pokonałem
pieszo, podziwiając niezwykłość krajobrazu, robiąc masę zdjęć. To tutaj potężne
wzgórza spotykają się od razu z wodą. To jest Islandia, do której nie docierają
masy turystów, aczkolwiek jak wszędzie, są oni obecni. Dotarłem do centrum. 8
stopni i wiatr od fiordu. W lopapeysie i kurtce najpierw się zgrzałem, potem
przemarzłem. Okazało się, że zapomniałem czapki. Kupiłem na stacji benzynowej,
bo bez tego ani rusz - załatwiłbym zatoki na amen. Ísafjörður to kilka ulic na
krzyż, ale za to jak malowniczo położonych! Zjadłem tutejszą rybę dnia w jednej
z niewielu miejscowych knajpek, a potem ruszyłem w drogę po miasteczku.
Właściwie to leniwy spacer, na każdym kroku widok wart uwiecznienia na zdjęciu.
To mogłoby być moje miasto. Jest nim w sensie mentalnym.
Tak czuję, że
przynależę właśnie do tych okolic. Do tych wzgórz i tego czystego morza, które
wdziera się w ląd. Było tak cicho i spokojnie. Lokalsi o radosnych twarzach.
Uśmiechnięte dziecko, które do mnie podeszło i popatrzyło mi głęboko w oczy.
Gra chmur od czasu do czasu nachodzących na szczyty wzgórz. Piękno w każdej
możliwej postaci. Mój dom. Tak. Jednak czas wałęsania się dobiegał końca,
trzeba było znowu zrobić te 6 km drogi powrotnej. Tym razem powoli, z licznymi
przystankami. Po drodze tutejszy Bonus, a obok niego polski sklep. Ekspedientka
nie była zbyt rozmowna. Chciałem dopytać o codzienne życie, możliwości
zatrudnienia itd. Zbyła mnie ogólnikami i uciekła na zaplecze. Odnosiłem
wrażenie, że traktuje mnie jak intruza. Jak kolejnego Polaka tutaj, który komuś
chce zabrać pracę. Drugie polskie spotkanie zupełnie inne. Na lotnisko
podjechał kierowca. Polak z dwójką dzieci. Mieszkaniec Bolungarviku od 10 lat.
Do Polski nie wraca, zbudował tutaj dom. Bardzo sympatyczny i otwarty.
Powiedziałem mu, że jestem nauczycielem języka polskiego. Odparł, iż bardzo by
się tutaj przydał ktoś taki jak ja. Jest w okolicy sporo polskich dzieci, które
jedynie mówią w domach po polsku, nie ucząc się pisania, czytania, gramatyki
etc.
Pan powiedział, że tutejsi Polacy chcieliby etat dla nauczyciela polskiego
w szkole w Bolungarviku, ale islandzkie władze póki co nie są temu przychylne.
Byłoby jednak kogo uczyć. I byłaby to jakaś alternatywa dla pracy przy rybach,
gdyż tutaj głównie tym każdy się zajmuje. W każdym razie mój rozmówca
serdecznie mnie zapraszał na Fiordy i wyraził nadzieję, że szybko się tu
osiedlę. A ja tymczasem musiałem sobie poczekać ponad 2 godziny na opóźniony
lot do Reykjaviku. Ciekaw jestem, czy choć raz w życiu odlecę o czasie. Jednak
lot powrotny świetnie poprowadzony. Islandzcy piloci są ponoć bardzo dobrzy.
Póki co przeżyłem już 3 i 1/4 lotu z przygodami - może czas wreszcie na
normalność? Łza się w oku kręciła, gdy żegnałem Ísafjörður. Wrócę tu, na pewno.
Chcę tu zamieszkać.Dzień 9 - 29 lipca
Piątek był dniem poznawania
Reykjaviku. Kupiłem sobie kartę miejską, dzięki której mogłem zajrzeć do wielu
muzeów i przemieszczać się tutejszą komunikacją miejską, ale mój błąd polegał
na tym, że wykupiłem ją sobie na jeden dzień. A jednego dnia wszystkiego nie da
się zobaczyć. Tym bardziej, iż za pierwszy cel obrałem Árbæjarsafn, czyli
tutejszy skansen. Dojazd Strætó do szybkich nie należał. Reykjavicka
komunikacja miejska jeździ stosunkowo rzadko, w większości przypadków te
autobusy jadą praktycznie puste. Po wycieczce autokarowej do Akureyri już mnie
to nie dziwiło. W jednym z autobusów sytuacja, która mnie mocno skonsternowała.
Prowadziła Polka. Wsiadł Islandczyk i chciał się o coś zapytać. Został
zbesztany po angielsku, że pani przecież nie rozumie jego języka i po jakiemu
on do niej mówi. Chwilę porozmawialiśmy między przystankami. Usłyszałem, że
prowadząca ma dość tej pieprzonej Islandii i że chyba upadłem na głowę, skoro
chcę tu mieszkać. Zaznaczyła wyraźnie, że gdyby nie tacy jak ona, autobusy
miejskie w ogóle by nie jeździły. To ciekawe, zważywszy na to, że wszystkie
pozostałe linie, którymi się poruszałem, prowadzili Islandczycy. Ja wiem, że
taka praca jest słabo płatna, ale to nie znaczy, że przez pryzmat zarobku
trzeba oczerniać otaczający świat. Ta krótka rozmowa mnie zaszokowała. Być w
obcym kraju i utyskiwać, że ktoś zwraca się do ciebie we własnym języku? W
komunikacji miejskiej?
Czy naprawdę mieszkający tu Polacy uważają, że nie
powinni się uczyć języka, dostosowywać, asymilować z otoczeniem i akceptować
islandzkie prawa? Przecież są tu gośćmi! Skoro pani tak źle w pieprzonej
Islandii... niech stąd wypieprza. Z lekko podniesionym ciśnieniem dotarłem do
skansenu. Zaraz się uspokoiłem, bo otoczenie jest bajkowe. Rozmaite domy, do
których można wejść, zobaczyć wszystkie pomieszczenia, poobcować trochę z
islandzką tradycją. Sztucznie stworzone na obrzeżach stolicy miejsce wcale nie
wywołuje poczucia obcości. Pięknie zachowane eksponaty i wspaniałe budynki.
Lokalsi też obecni - albo pracownicy przebrani za lokalsów. Tak czy owak -
zachwycające miejsce. Z dala od turystycznych szlaków, zatem ludzi bardzo mało.
Powrót do centrum także z przygodą Strætó. Podjechał do zatoki autobus... i
kierowca nie otworzył mi drzwi, pojechał dalej. Rozumiem, że Islandczycy bywają
wyluzowani i lubią różne dowcipasy, ale to wcale nie było zabawne - zwłaszcza
że linia jeździ co pół godziny.
Kolejnym przystankiem było Islandzkie Muzeum
Narodowe. Sporo eksponatów dotyczących historii kraju - każdego jej aspektu. Potem
szybki obiad. Islandzka zupa mięsna. Wiem już, że jagnięcina nie jest dla mnie.
Kelnerką - Polka. Zdaję sobie sprawę, że nie powinno mnie to już dziwić, ale
jednak zaskakuje. Szybka kawka już na własny rachunek w moim domku przy Tungata
i wycieczka do Muzeum Penisów. Miejsce wprawiło mnie przede wszystkim w
rozbawienie. Ekscentryczne i dość oryginalne. Uśmiechałem się, obserwując
zwiedzających przyglądających się fallusom różnych zwierząt z grobową powagą.
Zrobiłem trochę zdjęć i udałem się do toalety. Klamka sprawiła, że padłem.
Podkreśla charakter tego miejsca. Bawmy się czymś takim, a nie studiujmy tego w
zadumie. W zasadzie to nie mam pojęcia, jaki cel mieli twórcy tej wystawy,
jednak przyznać trzeba, że miejsce jest wyjątkowo zaskakujące. Kolejna przejażdżka
Strætó i dotarłem do Perlana. Świetne miejsce widokowe, całe miasto u stóp.
Panorama okolicy porusza wyobraźnię. Tuż obok miejskie lotnisko ze startującymi
malutkimi samolotami. Do jednego z nich wsiądę jutro, albowiem zdecydowałem -
muszę zobaczyć Fiordy Zachodnie, a przynajmniej ich stolicę. Planowana wyprawa
z Patrycją i Adamem w te rejony nie dojdzie do skutku, zatem pozostaje samolot,
krótki lot i Isafjordur, o którego zobaczeniu zawsze marzyłem. Tymczasem spacer
po Reykjaviku utwierdził mnie w przekonaniu, że jest to rzeczywiście małe
miasto, ale ma ambicje, by być kosmopolityczne. Laugavegur kwitnie życiem. Barwa ulica.Widok z Perlana |
Lokals w skansenie |
Miasto jest gay friendly |
Eksponaty Muzeum Penisów |
Tańczący goście obok Perlana |
niedziela, 31 lipca 2016
Dzień 8 - 28 lipca
Dzisiaj po nieprzespanej
nocy właściwie odsypiałem i pół dnia byłem wyłączony. Patrycja i Adam użyczyli
mi gościny, zanim zameldowałem się w moim nowym lokum. Ładny domek przy Tungata
8, ponad stuletni, stylowy. Ścisłe centrum miasta. Pokoik mały, przypomina
trochę komórkę Harrego Pottera. Niemniej jednak mieszczę się, jest wygodne
łóżko, ogólnie dostępna kuchnia, nie narzekam. Nie ma żadnych gospodarzy, sami
turyści. Z tego, co widzę na półkach w lodówce mimo wszystko część pokoi wolnych.
A słyszy się - i odczułem to przy rezerwacji wiele miesięcy temu - że stolica
ma deficyt miejsc noclegowych. Niewiele miałem siły na Reykjavik tego dnia, ale
najważniejsze było to, że wreszcie mogłem zwolnić. Tego wszystkiego było za
dużo i w zbyt krótkim czasie. Dotychczasowe dni to była wielka gonitwa za
wrażeniami. Tak się długo nie da. Tym bardziej, że w natłoku tego wszystkiego
myśli przestają być wyraźne, a wspomnienia - wystarczająco mocne. Od dziś
większy spokój. I miasto do odkrycia. Ogromny przeskok po wielu dniach na
prowincji - stolica tętni życiem, wszędzie mnóstwo turystów, gwar i wielki
ruch. Reykjavik jest małym miastem, ale dość rozległym, aczkolwiek samo centrum
niewielkie, koncentruje się wokół deptaku Laugavegur. Mieszkam tuż obok Althingu
- islandzkiego parlamentu.
Niepozorny, ale bardzo ładny budynek. Wokół deptak,
ludzie leżą na kocach, opalają się, odpoczywają. To taka wyraźna sugestia, że w
tym kraju naród i rząd są obok siebie, bez podziału, bez poczucia wyższości
tego drugiego. Postanowiłem wybrać się na mały spacer po wybrzeżu. Sala
koncertowa Harpa robi duże wrażenie. Oszklony budynek mieni się kolorami w
zależności od kąta padania słońca. Niedaleko Solfar, metalowa rzeźba statku
wikingów, bardzo charakterystyczne dla Reykjaviku miejsce. Można mu robić
zdjęcia z różnych punktów i za każdym razem wyjdzie zupełnie inne. Tyle miałem
w planie na dzisiaj, bo zmęczenie wzięło górę i wcześniej położyłem się spać.
W
Reykjaviku pełnia lata - jakieś dziesięć stopni różnicy między miastem a
północą wyspy. Wiatr od morza robi swoje, ale śmiało można spacerować w krótkim
rękawie. Tak robi większość Islandczyków. Łatwo ich odróżnić w tłumie turystów.
Sporo radosnych skejterów niedaleko Althingu. Rodziny na spacerze. Dużo
rowerów. Mieszające się języki, dominuje angielski. Mieszkanka domu obok
roznegliżowana na leżaku. 20 stopni i mocne słońce, to u nich wielkie święto.
Islandczycy mają światła bardzo mało i widać, że teraz świętują każdy taki
dzień jak dzisiaj. Jutro zwiedzanie miasta z kartą miejską umożliwiającą
darmowy wstęp do wielu muzeów oraz przejazd komunikacją miejską. A teraz
najważniejsze - noc przespana w łóżku, a nie przewegetowana w autobusie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)