Dzisiaj po nieprzespanej
nocy właściwie odsypiałem i pół dnia byłem wyłączony. Patrycja i Adam użyczyli
mi gościny, zanim zameldowałem się w moim nowym lokum. Ładny domek przy Tungata
8, ponad stuletni, stylowy. Ścisłe centrum miasta. Pokoik mały, przypomina
trochę komórkę Harrego Pottera. Niemniej jednak mieszczę się, jest wygodne
łóżko, ogólnie dostępna kuchnia, nie narzekam. Nie ma żadnych gospodarzy, sami
turyści. Z tego, co widzę na półkach w lodówce mimo wszystko część pokoi wolnych.
A słyszy się - i odczułem to przy rezerwacji wiele miesięcy temu - że stolica
ma deficyt miejsc noclegowych. Niewiele miałem siły na Reykjavik tego dnia, ale
najważniejsze było to, że wreszcie mogłem zwolnić. Tego wszystkiego było za
dużo i w zbyt krótkim czasie. Dotychczasowe dni to była wielka gonitwa za
wrażeniami. Tak się długo nie da. Tym bardziej, że w natłoku tego wszystkiego
myśli przestają być wyraźne, a wspomnienia - wystarczająco mocne. Od dziś
większy spokój. I miasto do odkrycia. Ogromny przeskok po wielu dniach na
prowincji - stolica tętni życiem, wszędzie mnóstwo turystów, gwar i wielki
ruch. Reykjavik jest małym miastem, ale dość rozległym, aczkolwiek samo centrum
niewielkie, koncentruje się wokół deptaku Laugavegur. Mieszkam tuż obok Althingu
- islandzkiego parlamentu.
Niepozorny, ale bardzo ładny budynek. Wokół deptak,
ludzie leżą na kocach, opalają się, odpoczywają. To taka wyraźna sugestia, że w
tym kraju naród i rząd są obok siebie, bez podziału, bez poczucia wyższości
tego drugiego. Postanowiłem wybrać się na mały spacer po wybrzeżu. Sala
koncertowa Harpa robi duże wrażenie. Oszklony budynek mieni się kolorami w
zależności od kąta padania słońca. Niedaleko Solfar, metalowa rzeźba statku
wikingów, bardzo charakterystyczne dla Reykjaviku miejsce. Można mu robić
zdjęcia z różnych punktów i za każdym razem wyjdzie zupełnie inne. Tyle miałem
w planie na dzisiaj, bo zmęczenie wzięło górę i wcześniej położyłem się spać.
W
Reykjaviku pełnia lata - jakieś dziesięć stopni różnicy między miastem a
północą wyspy. Wiatr od morza robi swoje, ale śmiało można spacerować w krótkim
rękawie. Tak robi większość Islandczyków. Łatwo ich odróżnić w tłumie turystów.
Sporo radosnych skejterów niedaleko Althingu. Rodziny na spacerze. Dużo
rowerów. Mieszające się języki, dominuje angielski. Mieszkanka domu obok
roznegliżowana na leżaku. 20 stopni i mocne słońce, to u nich wielkie święto.
Islandczycy mają światła bardzo mało i widać, że teraz świętują każdy taki
dzień jak dzisiaj. Jutro zwiedzanie miasta z kartą miejską umożliwiającą
darmowy wstęp do wielu muzeów oraz przejazd komunikacją miejską. A teraz
najważniejsze - noc przespana w łóżku, a nie przewegetowana w autobusie.niedziela, 31 lipca 2016
piątek, 29 lipca 2016
Dzień 7 - 27 lipca
Środa rozpoczęła się
słonecznie. Husavik odsłonił nieco swego oblicza, ale panoramy nadal nie dało
się zobaczyć. Zbyszek powiedział, że w miasteczku jest drugie muzeum, więc
udałem się tam. W międzyczasie mogłem potestować wodoodporność loppapeysy -
zakupiłem dzień wcześniej i to będzie najcenniejsza pamiątka z Islandii.
Zakładam, że przy polskich zimach użyję raptem kilka razy w roku. Niemniej
jednak znalazłem odpowiadający mi wzór i cenę. Niedaleko muzeum w sklepie
wolnocłowym - stoi sobie takowy w centrum małej mieściny - zakupiłem dżem z
pomidorów. Nowy smak do spróbowania. Pani sprzedająca trochę się zdziwiła, że
jestem polskim turystą, a nie pracownikiem, ale zapewniła, że Polacy tutaj to
fantastyczni ludzie. Chcę jej wierzyć i nie węszyć jednak poprawności
politycznej. Zbyszek po powrocie z pracy pokazał mi jeszcze raz Godafoss - tym
razem w świetle dziennym i tym razem niestety z chmarą turystów. Pozostało
tylko odstawić mnie do Akureyri, które miałem pozwiedzać przed odjazdem. Po
drodze nieprzyjemna sytuacja - zepsuł się samochód Zbyszka.
Na szczęście blisko
Akureyri, dokąd podwieźli mnie sympatyczni Islandczycy. Nie pamiętam już wiele
z polskich podróży stopem, bo działałem tak wiele lat temu, ale tutaj auto
zatrzymuje się niemal natychmiast. Nieważne, że w środku trzy osoby i jest
ciasno. Podwózka i dopytywanie, co takiego jest w Polsce, że ludzie stamtąd
wyjeżdżają. Nie umiałbym tego wyjaśnić nawet po polsku, a co mówić w moim
kulejącym angielskim. W Akureyri hotel Kea użyczył gościny moim bagażom (nie
chcieli za to żadnej zapłaty), więc mogłem ruszyć w miasto, bo do odjazdu
autobusu było ponad trzy godziny. "W miasto" to może zbyt górnolotnie
brzmi. Podwożący mnie Islandczycy śmiali się z tego, że w tym czasie to można
sobie obejść Akureyri kilka razy. Zacząłem od Ogrodu Botanicznego. Miejsce
zupełnie zaskakujące innością, biorąc pod uwagę tutejsze warunki. Nie mam
pojęcia, jak udaje im się utrzymać przy życiu te liczne, często delikatne
kwiaty.
Sporo drzew, absolutna cisza, pojedynczy turyści, wart zobaczenia
zakątek. Centrum miasta to w zasadzie jedna główna ulica ze słynnymi potworami,
które ktoś przestawił pod daszek - pewnie miały dość deszczu. Wieczorem -
wspaniała sceneria do robienia zdjęć. Fiord leniwie, lecz konsekwentnie
wdzierający się w ląd. Wysokie góry na horyzoncie. Przepiękna wieczorna
panorama. Plus dodatkowa przyjemność w Cafe Amour, gdzie zamówiłem kawę i
dostałem dolewkę gratis. Co do jedzenia - nie rozpisuję się na ten temat, bo
nie szukam jakichś wykwintnych smaków. Ot, coś na ząb. W Akureyri jest wiele
różnych restauracji, właściwie wszystko do wyboru. No i ta niesamowita noc
polarna, kiedy spaceruje się w porcie po 22, a dookoła mnóstwo pięknych barw
złamanych mocnym słonecznym światłem.
Niesamowite uczucie - stać tam, chłonąć
to wszystko, nie słyszeć niczego i nikogo. Na kamieniach przy porcie przysiadła
młoda Islandka z książką w ręce. Obok przejechał wiekowy chevrolet. Krzyki mew
i szum wody od fiordu. Tak mógłbym czekać na autobus godzinami. Wsiadałem do
niego z niechęcią. Po 23 można było zrobić jeszcze kilka zdjęć panoramicznych
po drodze. Potem pasażerowie zapadli w sen, a ja walczyłem o niego dzielnie,
bez rezultatu, niestety. O 4 nad ranem przywitałem uśpiony Reykjavik. Przede
mną kilka dni w stolicy.Okolice Reykjaviku, 4 nad ranem |
Dzień 6 - 26 lipca
Husavik |
Wtorek powitał mnie deszczem
i nisko powieszonymi chmurami. Zbyszek musiał iść do pracy, a ja w tym czasie
postanowiłem pozwiedzać Husavik. W tym maleńkim rybackim miasteczku mieści się
Muzeum Wielorybów. W nim interesujące okazy, szkielety tych ssaków, można
przysiąść i pooglądać film na ich temat. Tuż obok dwie ekipy wyprawiające
turystów w morze, by zobaczyli wieloryby w naturalnym środowisku. Kilka osób
polecało mi tę wyprawę, mówiąc, że akurat na północy można je często zobaczyć.
Było jednak tak chłodno, wilgotno i ponuro, że zrezygnowałem. Nie wiem zresztą,
czy wyrobiłbym się w czasie, a zaraz po powrocie Zbyszka z pracy mieliśmy
jechać w trasę objazdową po okolicy. Pozostało zatem muzeum i obiad w Salce -
znanej husavickiej restauracji. Nie zobaczyłem, jak pięknie usytuowane jest
miasto, którego okolice od miesięcy oglądałem na fotkach Zbyszka. Aura nie
pozwoliła.
Nie byłem zły czy rozczarowany, bo liczyłem się z tym, że może tak
być, aczkolwiek chmurzyska i deszcz dokuczały cały dzień, bez jakiejkolwiek
zmiany. Biorąc pod uwagę to, co przeżyłem wczoraj, jadąc tutaj, ten pogodowy
zastój był nieco zaskakujący. Popołudnie i wieczór w trasie. Najpierw kanion
Asbyrgi. Chmury były łaskawe, podniosły się, zobaczyłem piękno tego miejsca.
Ciszę zakłócały drące się gdzieś w okolicy dzieciaki, ale mimo tego dało się
poczuć inny wymiar czasu w tym miejscu. Sporo drzew, skały mieniące się
kolorami. Jedyne takie miejsce na wyspie. Chciałoby się tam posiedzieć dłużej.
Musieliśmy jechać dalej. Kolejnym celem był Detifoss - największy islandzki
wodospad. W jego pobliżu po raz pierwszy na Islandii zmarzłem. Sam Detifoss
robi niesamowite wrażenie. Ogromne masy wody spadające w dół, potężna mgła
wodna, wokół liczne drobne wodospady. Dość niebezpieczne otoczenie, śliskie kamienie
- właściwie idealne miejsce dla kogoś, kto chciałby popełnić samobójstwo. To
takie zderzenie mocy i huku z islandzką ciszą. Detifoss pokazuje, że rządzi.
Zbyszek mówi, że były kiedyś plany zagospodarowania jego ogromnej energii i
zbudowania obok elektrowni, ale takie zamiary tutaj nie przechodzą. Islandia
dba o swą naturę na każdym kroku, Islandczycy są zdecydowanymi przeciwnikami
tego typu ingerencji. Mój północny gospodarz i przewodnik jest wielbicielem
fotografii i zrobił mi bardzo profesjonalną sesję zdjęciową, chwytając
wszystkie ważne odcienie kolorystyczne miejsc, w których byliśmy.
W drodze
powrotnej jeszcze kilka ciekawych ujęć. Chmury zasłaniały prawie wszystko.
Islandia tego dnia była naburmuszona, nie pozwoliła się podziwiać. A ja? W tym wszystkim
coraz bardziej zagubiony, coraz mniej pewny siebie, oszołomiony i zachwycony.
Mnóstwo wrażeń, rozmaitych bodźców - czuje się to na każdym kroku, język jest
zawodny, chyba nie da się opisać takich przeżyć. Wydaje mi się, że część
przemyśleń ujawni się dopiero za jakiś czas. Aktualnie trzeba przyswajać.
Piękna wycieczka po północnych rejonach wyspy. Nie udało nam się podjechać w
okolice jeziora Myvatn, ale nie miałoby to sensu w takiej aurze. Mam zatem
powód, by tu wrócić. Kto wie, co skryły przede mną deszczowe chmury.
![]() |
W brzuchu wieloryba |
Detifoss |
Pogoda fatalna |
W kanionie Asbyrgi |
Detifoss zapiera dech w piersiach |
czwartek, 28 lipca 2016
Dzień 5 - 25 lipca
Dziś przede wszystkim mogłem
się wyspać, zrobić u Patrycji pranie (islandzkie suszarki to obok pralek
niezbędnik domowy - trudno suszyć ciuchy na powietrzu, tak często wilgotnym),
nadgonić sprawy w necie i spokojnie przepakować rzeczy do kolejnej podróży. Po
południu wsiadłem do autobusu wiozącego mnie do Akureyri. To islandzkie
wyluzowanie czasem jednak irytuje - kierowca najpierw wziął mi bilet w odwrotną
stronę bez sprawdzania (dobrze, że się upomniałem, bo nie wiem, na czym bym
wracał), a potem radośnie ruszał z otwartym bagażnikiem. Wielki autokar, a w
środku - dwóch kierowców i poza mną tylko jeden pasażer. Islandczycy są
naprawdę wyluzowani, skoro chce im się wykonywać taki kurs. Przecież to jest
kompletnie nieopłacalne. Tym bardziej, że w Akureyri do powrotu szykowało
się... aż troje pasażerów. Sześciogodzinna jazda pozwoliła mi przyjrzeć się nie
tylko urozmaiconym krajobrazom, ale przede wszystkim szalenie zróżnicowanej
pogodzie. Właściwie co 20 minut aura się zmieniała. Po mgle i obfitym deszczu
nagle wychodziło słońce. Siedziałem obok kierowcy, więc miałem okazję zrobić
kilka panoramicznych fotek. Różnica w krajobrazie polega przede wszystkim na
tym, że im dalej na północ, tym więcej dużo wyższych niż na południu,
majestatycznych gór.
Jeden postój na stacji benzynowej, potem niespieszna
jazda. Nie wiedziałem, czy patrzeć prosto, w prawo czy na lewo. Dopadł mnie już
pewien przesyt. Tego piękna wokół jest jednak za dużo. W zbyt krótkim czasie
oglądam zbyt wiele. Sporo się przez to traci, jednak z drugiej strony - chcę z
Islandii wydobyć jak najwięcej. W Akureyri czekał już na mnie Zbyszek. Wulkan
energii, bardzo radosny człowiek - jeden z tych, których lubi się od samego
początku i czuje się w jego towarzystwie
doskonale i swojsko. Żebym szybko nie zasnął z wrażenia, Zbyszek pokazał mi
jeszcze po drodze wodospad Goðafoss wieczorową porą. Nocną właściwie. Chyba
zakłóciliśmy spokój śpiącym w vanie turystom. Nie mogę się doczekać, kiedy
zobaczę te wszystkie cuda północy w dziennym świetle, choć zdaję sobie sprawę,
że pogoda tym razem nie będzie na tyle uprzejma, by zobaczyć wszystko, co
zobaczyć można.Finał podróży. Ze Zbyszkiem na tle panoramy Akureyri. |
Dzień 4 - 24 lipca
W niedzielę rano
pożegnaliśmy Vestmannaeyjar. Ruszyliśmy na wschód wyspy w towarzystwie
znajomych Patrycji i Adama. Po drodze zobaczyłem pierwsze dwa wodospady
islandzkie, w tym popularny wśród turystów Skogafoss. Piękny i potężny,
wywołuje respekt. Wiem jednak, że na północy wyspy zobaczę dużo większe. W
dalszej kolejności punkt widokowy na cyplu Dyrhólaey z ujmującą panoramą
czarnej plaży.
Potem już trasa, bardzo wiele kilometrów odludną drogą z
przystankiem w Viku, gdzie - w drodze powrotnej - zafundowałem sobie lody
smakujące w temperaturze 12 stopni najlepiej na świecie. Do Jökulsárlón
mieliśmy dość spory kawałek. Po drodze mijaliśmy dzielnych rowerzystów, którzy
odważyli się jechać z całym majdanem na przekór wciąż zmieniającej się
pogodzie. Podziwiałem ich, bo na Islandii jazda na rowerze jest zdecydowanie
wyzwaniem. A jednak dużo osób podróżuje w ten sposób. Sporo też
autostopowiczów. Poza nimi od czasu do czasu konie oraz owce. Poza tym - tylko
widoki zapierające dech w piersiach. Tuż przez Jökulsárlón skręciliśmy w stronę
lodowca Svínafellsjökull.
Tam
kilka zdjęć na szybko, bo czas gonił. Wreszcie cel wyprawy. Lodowa laguna
schodząca do oceanu wartkim nurtem rzecznym. Piękne kawałki lodu dryfujące w
wodzie. Podejrzewam, że dużo większe wrażenie miejsce to robi w maju czy czerwcu,
kiedy lodu jest jeszcze naprawdę sporo, ale i tak byłem zdumiony, zaskoczony i
po raz kolejny zderzony z czymś, co widzę po raz pierwszy w życiu. Po Jökulsárlón
można sobie pływać - za odpowiednią opłatą - amfibiami, my ograniczyliśmy się
tylko do oglądania z oddali. Wyjątkowo dużo turystów jak na Islandię, ale to
też jeden z najbardziej charakterystycznych punktów do zwiedzania na wyspie.
Inne powietrze, dużo niższa temperatura. I ta wciąż obecna cisza - mimo
licznych oglądających. Moi gospodarze już tam byli, ale jednak zdecydowali się
na długą podróż, by pokazać mi Jökulsárlón. Bardzo im jestem za to wdzięczny.
Nie wiem, czy w Polsce ktoś ot tak chciałby przejechać kilkaset kilometrów, by
pooglądać lód przez pół godziny. Wracaliśmy z małą przygodą po drodze -
prawdopodobnie wypadek, który w przypadku Islandii oznacza zamknięcie drogi.
Objazd dał mi okazję zobaczenia islandzkiego więzienia.
Adam mówił, że nie
siedzą w nim bankierzy - oni od 2008 roku przebywają gdzieś na północy wyspy w
warunkach bytowych zapewne dużo lepszych niż te będące udziałem wielu Polaków. Budynek
bez krat w oknach, jedynie ogrodzenie z drutem. Bardzo niepozorny. Niepozorna też
jest skala przestępczości na wyspie, właściwie żadna. Tuż przed Reykjavikiem
potężna mgła, a nieco wcześniej mocne słońce. Zmiany aury na Islandii następują
bardzo szybko. W ciągu godziny można mieć tu prawie wszystkie pory roku - poza
śniegiem, nie pada w takiej temperaturze. Adam ponownie spisał się za
kierownicą koncertowo. Myślę, że takiego miejsca jak ta lodowa laguna już nie zobaczę.
Piękny dzień w drodze. Kolejne związane będą z północą Islandii.poniedziałek, 25 lipca 2016
Dzień 3 - 23 lipca
Trzeci dzień - wyprawa na
Vestmannaeyjar. To archipelag małych wysp przyklejony od południa do Islandii.
Najpierw kawałek krajową jedynką, potem przesiadka na prom. 35 minut rejsu
uświadomiło mi, że jednak chyba wrócę tym samolotem, bo trzech dni bujania bym
nie zniósł. Prom dopływa do Heimaey, a tam - Islandia w jeszcze większej
miniaturze niż poprzedniego dnia. Maleńka, cicha miejscowość. Zjadłem pierwszy
miejscowy obiad - przepyszne danie z dorsza. Na ceny staram się nie spoglądać,
nie przeliczać tego na złotówki - nie ma co się stresować. Dla Polaka wyspa
jest bardzo droga. Trzeba mieć jednak sporo kasy, by nie czuć obciążenia i
stresu związanego z liczeniem pieniędzy na każdym kroku. Patrycja z Adamem
poszli na miejscowy basen, a ja wykorzystałem czas na drzemkę po obiedzie.
Niestety, organizm się trochę buntuje, kiedy każdego dnia działa na wysokich
obrotach, a ze spaniem w nocy zawsze miałem problemy.
Nic to. Wspięliśmy się na
wulkan. Na szczycie można poczuć, że wewnątrz jest gorący. Są jamy w skałach, z
których bucha gorące powietrze. Eldfell wybuchł ostatnio w 1973 roku,
powiększając obszar lądu Heimaey. Widok ze szczytu zapiera dech w piersiach.
Widać tę niesamowitą islandzką różnorodność - każde zbocze całkiem inne, każde
mieniące się kolorami. Wziąłem na pamiątkę kawałki skał lawowych. Taka bezradna
próba zatrzymania tego piękna przy sobie. Po wędrówce na wulkan objechaliśmy
pozostałe zakątki wyspy. Zainteresował mnie islandzki cmentarz.
Skromne i
estetyczne nagrobki, żadnego "na bogato" obecnego w Polsce wszędzie,
a także na cmentarzach. Wokół cisza. Ta niespieszność odczuwalna jest na
wysepce chyba jeszcze bardziej niż na Islandii. Wszystko obok siebie, wszystko
w specyficznej harmonii. Południe wyspy to kolejne niezwykłe widoki. Kawałek
ogólnie dostępnej plaży z czarnym piaskiem.
Do tego - wyjątkowo - mocne słońce,
które przez chwilę przypominało, przed jaką aurą tutaj uciekłem. Siedząc na
wulkanie, myślałem o osobie, której nigdy już nie pokażę tych fantastycznych
zdjęć, jakie tutaj robię. I o aparacie, który pożyczyłem i miałem zwrócić po
powrocie... Są momenty, kiedy bardzo czuję ciężar wydarzeń poprzedzających tę
wyprawę. Ale i ogromną ulgę, że teraz jestem tutaj, że ta teraźniejszość jest
bardzo ważna, tak intensywna i nie pozwala na smutek. Heimaey to takie odizolowane
od świata miejsce, w którym potęga tego świata odznacza się w kształtach i
barwach. To też popularny wśród Islandczyków kierunek krajowych wypraw
wypoczynkowych. Wśród turystów jest ich bardzo wielu. Powiedziałbym nawet, że
dominują, co właściwie nie dziwi - to ich kraj, Heimaey to chyba takie islandzkie
Zakopane, ale nie wiem, czy to trafne porównanie. Tym niemniej z każdym i
wszędzie można porozumieć się po angielsku, aczkolwiek czasami trudno mi usłyszeć, co Islandczyk mówi w tym języku. Tylko czy potrzeba mowy, by
porozumieć się w tym raju na ziemi?
Dzień 2 - 22 lipca
Mnóstwo zwiedzania, każdy
dzień wypełniony fascynującymi przeżyciami - nie sposób opisywać na bieżąco, bo
nie sposób nawet wchłonąć tego wszystkiego w należyty sposób. Islandia
zniewala, onieśmiela i wymusza pewien rodzaj pokory. Wszystko wydaje się na
właściwym miejscu, we właściwych proporcjach. Czas płynie nieco inaczej, to
zupełnie inny rytm niż ten europejski, kontynentalny. Właściwie to zmysły się
przytępiają i człowiek staje się leniwy jak owce i barany przy drodze, ale
gdzieś z tyłu głowy pozostaje to nieustające odczucie, że wszystko wokół jest
niepowtarzalne i że czegoś takiego jak ta wyspa nie ma nigdzie. Absolutnie
nigdzie.
Drugiego dnia pojechaliśmy
na półwysep Snæfellsnes. Początkowo pogoda zapowiadała, że niewiele da mi
zobaczyć, ale tak naprawdę na Islandii aura zmienia się z godziny na godzinę i
nawet ciężkie, nisko wiszące chmury nie muszą zwiastować tego, że będzie się
zwiedzać we mgle i deszczu. Snæfellsnes to miejsce cudów Islandii w miniaturze.
Nie objechaliśmy całego półwyspu, ale byliśmy w kilku ważnych turystycznie
miejscach. Między innymi w Arnarstapi z piękną linią brzegową. Mnóstwo ptaków z
siedzibami lęgowymi, trzeba uważać. Zapachy też trudne do zniesienia - ta biel
na skałach nie oznacza wapienia.
Adam wykazywał się ogromną
cierpliwością, zatrzymując się w każdym miejscu, gdzie chciałem coś
sfotografować. Odkryliśmy między innymi piękną szczelinę górską oraz domek
elfów. To jest tak, że zwykle z jednej strony znajduje się równina lub ocean, a
z drugiej bloki skalne układające się w rozmaite wzory - wszędzie mech,
porosty, kolorystyka zapierająca dech w piersiach. Myślę, że Snæfellsnes to
bardzo dobre miejsce na początek - oswaja z różnorodnością krajobrazu i oferuje
miejsca, gdzie turystów jest stosunkowo niewielu. Taki kameralny kawałek wyspy.
Z moimi wspaniałymi gospodarzami |
czwartek, 21 lipca 2016
Dzień 1
Obawiam się, że relacje mogą być szczątkowe, bo dzieje się bardzo wiele, a czasu na opisywanie mało. Postaram się jednak zachować chronologię i zaprezentować opis każdego dnia. Ten pierwszy zaczął się już w nocy, kiedy to Patrycja z Adamem odholowali mnie i ponad 20 kg mojego bagażu na autostradę w kierunku Berlina. Jechaliśmy całą noc i właściwie nikt nie zmrużył oka. Adam - kierowca z wiadomych względów, a my pozostali z różnych. Byliśmy na lotnisku Schonefeld ponad trzy godziny przed czasem, ale i tak kwitliśmy tam dużo dłużej, bo nasz samolot miał opóźnienie. W tym czasie zdążyłem się już mocno przejąć lotem ku uciesze moich współpodróżnych, których bawiła moja fobia.
Okazało się, że jest się czego obawiać, ale to nie był lęk przed tym, że jestem ileś tam tysięcy metrów nad ziemią i mogę się rozbić. Nie. Organizm z trudem wytrzymywał podnoszenie maszyny, a kiedy ustaliła się już odpowiednia wysokość i ludzie porozpinali pasy, przez ponad pół godziny nie mogłem dojść do siebie z zawrotami głowy, poceniem i ogólnym osłabieniem. To był jakiś koszmar, choć robiłem z Patrycją dobrą minę do złej gry przed odlotem (ona też nie lubi latać, ale z innych powodów). Tak wyglądaliśmy, gdy samolot kołował na pasie startowym.
Naprawdę miny nie świadczą o nastroju. Byliśmy totalnie spękani. O ile Patrycja wkręca sobie do głowy scenariusze, (np. elementy prowadzące do katastrofy, o których ja zupełnie nie myślałem zajęty dolegliwościami fizycznymi) o tyle dla mnie są to jałowe trzy godziny w ciasnej puszce, w której czasem trzeba się podnieść i pochodzić w przejściu, bo można zwariować. Nie ma mowy o jakimkolwiek czytaniu, kiedy w głowie huczy i myśli się tylko o końcu tego stanu rzeczy. Tym bardziej nie było szans na nagranie fragmentu tańca do "Jungle Drum", bo nawet gdybyśmy się na to zdobyli, nie było tam się gdzie poruszać. WOW Air nie ułatwiał mi sprawy, prezentując na przykład woreczek do wymiotowania. Wiem, że miało to być zabawne, ale w mojej sytuacji stawało się niesmacznie sugerujące coś nieprzyjemnego.
Tak czy owak - doleciałem i jestem na Islandii! Wciąż to do mnie nie dociera. Zrobiłem tylko kilka zdjęć podczas jazdy samochodem z lotniska do Reykjaviku. Jutro rozpocznie się zwiedzanie i przeżywanie, dziś musimy odpocząć po bardzo trudnym dniu i nocy. Udało się jeszcze poznać miłą parę Polaków mieszkających od lat na Islandii. Czas na wszelkie przygody dopiero przede mną!
Subskrybuj:
Posty (Atom)